Norymberga – Recenzja – Mój kumpel, zbrodniarz

18 stycznia 2026
0
4/5
Opis:

Koniec II wojny światowej. Marszałek Hermann Göering razem z resztą pojmanych przez Aliantów nazistowskich oficjeli wysłany zostaje do Norymbergi. Tam, oskarżeni przez cztery kraje dostają szansę na sprawiedliwy proces w świetle międzynarodowego prawa. Czy uda im się skutecznie zaprzeczyć hitlerowskim zbrodniom i uciec karze?

Przyznam się Wam do czegoś: na pokaz filmu o nazistach, sądzonych za niewyobrażalne zbrodnie podczas II wojny światowej, wziąłem sobie beztrosko popcorn z pepsiaczkiem bez cukru w zestawie. Ja wiem, temat z tych mało rozrywkowych, ale po prostu widziałem wcześniej trailer z Russelem Crowe jako Göeringiem i… był niestety jednym z głównych powodów. Nie zrozumcie mnie źle – jestem jego ogromnym fanem od czasów “Gladiatora”, ale po “The Nice Guys” widać było mocny spadek formy. Trochę spodziewałem się, że jednak będę się głównie cieszył tym jak bardzo Russell zarzyna niemiecki akcent i po prostu: nie oczekiwałem po “Norymberdze” przesadnie wiele. Dlatego radośnie chrupiąc popcorn zasiadłem w oczekiwaniu na potwierdzenie swoich przypuszczeń. Czekało mnie sporo pozytywnych zaskoczeń, ale… nadal nie uważam, żeby wciąganie popcornu w trakcie seansu było nie na miejscu 😉

Kończy się II wojna światowa. W ręce aliantów oddaje się dobrowolnie Hermann Göering (Crowe), marszałek III Rzeszy. Drugi po Hitlerze w hierarchii dowództwa nazistowskich Niemiec. Dołącza tym samym do całkiem sporego już grona innych schwytanych przez Amerykanów hitlerowskich oficjeli. W głowach aliantów tymczasem rodzi się pomysł, aby przeprowadzić publiczny proces i rozliczyć zbrodniarzy za ludobójstwo i zniszczenia spowodowane podczas wojny, a tym samym ostatecznie moralnie upokorzyć i zdominować, po raz drugi już próbujące podboju Europy, Niemcy. Głównym oskarżycielem zostaje sędzia Jackson (świetny jak zwykle Michael Shannon). Stawka jest wysoka, bo decydując się na drogę sądową, alianci ryzykują, że część zbrodniarzy zdoła, umiejętnie manipulując informacjami, uciec przed sprawiedliwością, a to przecież była by PR’owa klęska.

Tymczasem do zweryfikowania poczytalności psychicznej nazistów, a tym samym spełnienia prawnych kryteriów do przeprowadzenia procesu zostaje wezwany psychiatra Douglas Kelley (Rami Malek). Widzi on przy okazji szansę na zbadanie i zdiagnozowanie istoty nazistowskiego zła. Największe szanse widzi w diagnozowaniu samego Göeringa, który jednak okazuje się być z pozoru wcale nie pompatycznym mordercą. Chorobliwie pewnym siebie – tak, ale mimo to wciąż sympatycznym, charyzmatycznym facetem. Granice profesjonalnej diagnozy zacierają się gdy panowie po dłuższych rozmowach zaczynają czuć coś na kształt sympatii.

 

No, to jaki wyrok wysoki sądzie?

Rozliczając się więc po kolei z moimi oczekiwaniami: Crowe jako Göering jest po prostu świetny. To jego najlepsza rola od lat, choć trzeba przyznać, że ktoś też się po prostu znakomicie wstrzelił z castingiem. Marszałek – w dużym stopniu dzięki charyzmie Crowe’a – nieprawdopodobnie kradnie tu show. Czaruje i badającego psychiatrę i widza, a jednocześnie budzi respekt i nawet – nie raz – grozę. Scena gdy, idąc na rozprawę na czele pozostałych skazanych nazistów, rozkazuje im utrzymać godność po prostu budzi ciary. Staje przed oczami Maximus i jego “Strenght and honor”, słowo daję.

Z drugiej strony poznajemy Goeringa jako męża i ojca. Ukryta w okolicy jego żona i córka odwiedzane przez Kelley’a na prośbę więźnia, to nie zastraszone przez hitlerowskiego maniaka biedne istoty, tylko normalna, kochająca i tęskniąca rodzina. Psychiatra powoli traci klarowność sytuacji, w czym nie pomaga świadomość naginania przez Aliantów zasad procesu w imię “wyższego dobra” i zachowania moralnej wyższości.

To, co “Norymberga” robi bardzo dobrze, to właśnie eksplorowanie tego dualizmu i niejasności tak oczywistej, wydawałoby się sytuacji. Stara się, żeby nawet w obliczu nazistowskich zbrodni kwestionować wmawianą nam często czerń i biel świata, który zawsze i wszędzie ma odcienie szarości. Przekonuje nas, że zbrodniarze to nie jakiś oddzielny gatunek człowieka, tylko że pierwiastek mroku może kryć się w każdym z nas. Wystarczy odpowiedni bodziec, żeby go wyzwolić.

Nikt tu nie jest bez skazy. Nawet sam psychiatra mimo, że w jakimś stopniu chcący idealistycznie uświadomić wszystkich właśnie o braku “tego tajemniczego złego czegoś” w więźniach, zbiera po prostu dobry materiał na swoją książkę. Główny oskarżyciel Jackson w sytuacji, gdy prawo przestaje mu sprzyjać, po prostu je nagina, bo przecież “dobro musi wygrać”.

 

Tak było, tak było, nie kłamię

Historia wciąga, zwłaszcza gdy zdajemy sobie sprawę, że jest oparta na prawdziwych zapiskach prawdziwego Kelley’a. Pomaga w tym cała reszta obsady, w której trudno szukać słabych punktów. Crowe – wiadomo. Shannon co prawda jak dla mnie niezmiennie gra Shannona, ale robi to tak dobrze, że w ogóle nie mam pretensji. Błyszczą Slattery jako pułkownik Andrus, Woodall jako tłumacz Howie Triest czy Grant jako brytyjski oskarżyciel Maxwell-Fyfe. Również pierwszoplanowy Malek jako psychiatra Kelley znakomicie prowadzi swoją postać, z minusem jedynie za końcówkę gdzie chyba zapomniał jak się wiarygodnie gra pijanych ludzi.

Dlaczego jednak mimo ciężkości tematu, nadal uważam, że można spokojnie na “Norymberdze” zajadać popcorn? Otóż, to cała refleksja na temat ludzkiej natury jest po prostu bardzo mocno przepuszczone przez filtr amerykańskich blockbusterów. To żadne kino moralnego niepokoju tylko po prostu bardzo sprawnie zrealizowany sądowy dramat. Bardzo dobrze zagrany, świetnie nakręcony, a do tego nawet – choć mało subtelnie – próbujący moralizować wytykając podobieństwa.

Podsumowanie

Mimo sporej dawki amerykańskiej pompy i patosu „Norymbergę” warto zobaczyć, bo to po prostu kawał solidnego i dobrze zagranego dramatu sądowego. Polecam też wybrać się na seans do kina, bo temat i emocje z nim związane to coś co warte jest odrobiny skupienia i refleksji. Oscarów tu raczej nie będzie, ale mimo to „Norymbergę” pamięta się jeszcze długo po obejrzeniu, a Crowe skutecznie przypomina, że wciąż jest aktorem z pierwszej ligi.

Zalety

  • Russell Crowe is back baby!
  • Shannon jak zawsze dobry,
  • zdjęcia,
  • dobre tempo, nie ma dłużyzn,
  • rarytas dla entuzjastów historii II wojny światowej.

Wady

  • Malek czasami przegina z aktorzeniem,
  • momentami drażni patosem,
  • kliszowe kinowe amerykanizmy.