Bloodstained: Ritual of the Night – Opinia

Nocne rytuały najlepiej odprawiać przy akompaniamencie symfonii. Koji Igarashi udowodnił, że doskonale pamięta lata spędzone nad serią Castlevania i odmłodził znaną markę pod inną banderą. Nie ma Alucarda, nie ma Richtera, ale Miriam nęka wiele innych demonów i potworów. Zapraszam do mojej recenzji Bloodstained: Ritual of the Night!

Czuję się zobowiązany zacząć tę opinię od kilku zdań, które być może spowodują, że część z Was nie będzie musiała czytać reszty tego tekstu. Bloodstained: Ritual of the Night to nowa wersja Castlevania: Symphony of the Night. Jasne, zmieniła się oprawa graficzna, zmienili się przeciwnicy, no i zmieniła się główna bohaterka. Jeśli chodzi jednak o sposób gry – poruszanie się Miriam, odkrywanie kolejnych pomieszczeń w zamku, sam wygląd mapy – osoby zaznajomione z SotN poczują się tutaj jak w domu. Szczerze powiem, że byłem zszokowany jak dobrze oddane są podstawowe elementy rozgrywki, takie jak animacja ruchu czy samo uczucie odległości przy skokach i atakach. Castlevanię po raz pierwszy ogrywałem nie tak dawno, bo rok temu, przechodząc najpierw wersję na PlayStation Vita a następnie na PS4 w ramach kolekcji Requiem. Nie włączyłem tej gry ponownie po ukończeniu Bloodstained, więc nie jestem w stanie ‘naukowo’ określić, jak bardzo te elementy są do siebie zbliżone, ale poczucie ciągłości jest bardzo silne.

Jeśli mimo wszystko chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o Ritual of the Night, to chętnie przybliżę Wam ten tytuł trochę bardziej. Nasza główna bohaterka, Miriam, jest jedną z dwóch żyjących osób, noszących tytuł Shardbinder. Jej zdolnością jest absorbowanie mocy demonów, co miało posłużyć sekcie alchemików w przywołaniu na świat wielkiego demona, dzięki któremu mieli zawładnąć światem. Akcja się nie powiodła, gdyż Miriam zapadła w głęboki sen i alchemicy nie byli w stanie wykorzystać jej w rytuale, który niechybnie przyniósłby jej śmierć. Dziewczyna budzi się ze snu po 10 latach i od razu dowiaduje się, że Gebel (drugi żyjący Shardbinder), który był dla niej niczym brat, stoi za aktualnym atakiem demonów i przyzwaniem rojącego się od nich zamku. Miriam oczywiście nie chce wierzyć, że to Gebel jest odpowiedzialny za cały ten raban, lecz mimo to rusza na podbój zamku, aby dowiedzieć się prawdy i rozprawić się ze źródłem zła. Jak widać, nawet i historia opowiedziana w RotN jest bardzo zbliżona do gry na PlayStation sprzed ponad 20 lat. Zamiast Richtera mamy Gebela, zamiast Alucarda Miriam. Nie chcę zdradzać szczegółów fabularnych, ale jeśli graliście w Symfonię, to w Bloodstained odnajdziecie więcej elementów, które bezpośrednio nawiązują do ‘oryginału’.

Innym ważnym bohaterem Ritual of the Night jest zamek, w którym toczy się przygoda, chociaż użycie tego akurat rzeczownika nie oddaje tego, gdzie tak naprawdę Miriam będzie walczyć z hordami demonów. Bohaterka będzie przedzierać się przez podwodne jaskinie, ukryte laboratoria alchemiczne czy zlodowaciały grobowiec. Dodatkowo, jeśli pamiętacie ‘sekretne’ zakończenie z Symphony of the Night, to i tutaj znajdziecie ciekawą wariację na ten temat. Mimo różnic w wyglądzie, poszczególne lokacje raczej nie zmieniają mechaniki gry. Skakanie po platformach działa tak samo, niezależnie od tego, czy jest to fragment korytarza w zamku, czy regały w bibliotece. W każdym z obszarów znajdziemy jednak różnych przeciwników oraz materiały do tworzenia nowej broni lub potraw, które zwiększają statystyki Miriam.

To te trzy ostatnie elementy – demony, ekwipunek i przygotowywanie jedzenia – stanowią o wielkości gry. Miriam stawi czoła ponad 120 wrogom, z czego około 20 to bossowie, zarówno fabularni, jak i opcjonalni. Jeśli chodzi o różnego rodzaju zbroje, bronie, akcesoria, materiały, składniki i potrawy, to mówimy tutaj o setkach różnych przedmiotów. Oczywiście do ukończenia gry nie trzeba zbierać i poznawać wszystkiego, lecz osoby, które cierpią na syndrom maksowania gier, muszą dołożyć dobre 10 godzin do czasu gry. Na szczęście ukończenie fabuły nie oznacza końca zabawy. Można kontynuować grę od miejsca tuż przed walką z ostatnim bossem i skupić się na zwiedzaniu wszystkich zakątków mapy i odkrywania jej sekretów.

Bloodstained zachęca zarówno do eksploracji, jak i eksterminacji. Prawie wszyscy wrogowie, jakim stawi czoła Miriam, mogą być źródłem odłamków, które dziewczyna wykorzystuje do urozmaicania swoich mocy. Niektóre z nich pozwalają przyzwać demona aby, zaatakował innych przeciwników, inne służą do manipulacji otoczenia, a jeszcze pozostałe służą do kierunkowych ataków z dystansu. Podobnie ma się sprawa z bronią. Mamy do dyspozycji bojowe buty, sztylety, miecze, pistolety, włócznie i kilka innych typów. Każdy z nich to oczywiście dziesiątki różnych indywidualnych modeli. Oprócz samej broni Miriam może też przywdziać akcesoria, które zmieniają nie tylko jej statystyki, ale wpływają na sposób gry, na przykład zwiększając szansę znalezienia przedmiotów po zabiciu wrogów czy pokazując liczbę punktów zdrowia, jakie mają demony. Ten róg obfitości przedmiotów z jednej strony pozwala dostosować je pod indywidualny styl gry gracza, z drugiej jednak strony potrafi przybić rozmiarem, szczególnie przy polowaniu na wszystkie trofea.

Przejście fabuły Ritual of the Night zajęło mi około 20 godzin, a dodatkowe 10 spędziłem na zbieraniu wszystkiego, co jest w tej grze do zebrania. Jak na ‘budżetowy’ tytuł nie jest to mało, szczególnie że twórcy gry zapowiedzieli 13 darmowych pakietów DLC. Na pewno nie wszystkie z nich wydłużą grę o godziny, lecz jest to dobra zachęta, żeby raz na jakiś czas wracać do tego tytułu. Nie jestem jednak do końca pewien, czy sama rozgrywka w RotN trafi do wszystkich współczesnych, szczególnie zachodnich odbiorców. Przyznałem wcześniej, że nie mam jak mieć nostalgii do pierwowzoru, gdyż dopiero niedawno go poznałem. Wiem, że dla niektórych może to być herezja, ale od tamtego czasu świat gatunku metroidvania poszedł mocno do przodu (choćby genialny na różnych frontach Headlander), a Ritual of the Night bardzo kurczowo trzyma się 22-letniego standardu. Oznacza to częste zwiedzanie tych samych fragmentów mapy, korzystanie z dość rzadko rozsianych po niej teleportów oraz walkę z tymi samymi wrogami po pięćdziesiąt razy. Niby nic nadzwyczajnego w dobie wielkich open worldów, ale mniej cierpliwych graczy może na dłuższą metę zmęczyć.

Koji Igarashi z ekipą postanowił wskrzesić ducha jednej z najbardziej chwalonych gier z ery PlayStation. Ten cel osiągnęli w stu procentach, co na pewno ucieszy fanów Symphony of the Night. Gracze, którzy na tym tytule się nie wychowali i są przyzwyczajeni do bardziej nowoczesnych rozwiązań i szybszego tempa rozgrywki, muszą poświęcić kilka chwil na to, aby przyzwyczaić się do mechaniki Bloodstained ale wydaje mi się, że nie zawiodą się, jeśli sięgną po Ritual of the Night.

 

PLUSY:

  • bezbłędne przeniesienie ducha kultowej gry na obecną generację konsol,
  • możliwość dostosowania umiejętności i broni do swojego stylu gry,
  • różnorodność wrogów.

MINUSY:

  • konieczność wielokrotnego odwiedzania tych samych lokacji,
  • przytłaczająca ilość materiałów, składników, receptur,
  • dla nowoczesnych graczy, niektóre mechaniki mogą wydawać się archaiczne.
Grę udostępnił wydawca - CDP Dystrybucja Gier.