Powrót jednej z zabawniejszych gier, która zabierała nas w galaktyczną wojnę pełną gadających pistoletów. Squanch Games osiągnęli spory sukces, więc postanowili kontynuować wątek bohatera z przypadku i opowiedzieć nam ten sam dowcip po raz drugi?
Jeden z twórców serialu Rick & Morty założył studio Squanch Games i zainteresował się gamingiem. Ich pierwszym poważnym projektem była gra High on Life, która zabierała nas w galaktyczną podróż pełną gatlianów – gadających pistoletów. Sukces odnotowali, ludzie bawili się świetnie, więc wypadało zrobić High on Life 2. Bezpośrednią kontynuację, która będzie dryfować w podobnych klimatach. Mówiąc bardziej dosadnie – będzie próbowała nam sprzedać ten sam żart po raz drugi!
Powrót ziemianina
Tym razem już nie jesteśmy przypadkowym ziemianinem, który poznaje gatliana. Nasze heroiczne czyny z pierwszej części przyniosły gigantyczną popularność, a przyjaciel z przypadku stał się managerem. Są wywiady, jest podbój kina, czy romans rodzica z podopiecznym. Finalnie jest też powód do podjęcia kolejnej walki ze złą korporacją o podobnych planach, ale już odarci ze swej sławy, bo w grupie dobrze znanych rebeliantów.
Krótkie intro idealnie wprowadza nas w klimat produkcji, wywołuje uśmiech, by potem objawić nam swój „skrzętnie” skrywany od czasów jedynki sekret – to nie jest dobra strzelanka! Stoimy więc w położeniu, w którym czepialstwo dotyczące samego gunplayu i tego, jakie przeciętne wrażenie ono sprawia, uznaje za niezasadne. Jedynce też ciążyła każda fala wrogów, która postanowiła na nas wybiec i odebrać prawo do słuchania wymiany zdań, czy śmiania się do rozpuku. Problemem tej gry zawsze byli bardzo wtórni wrogowie i ogólna płytkość każdej wymiany amunicji.
W High on Life zawsze chodziło o humor. Był to główny motor napędowy i im więcej narzucono tam mechanik rozgrywki, tym gorzej dla nas. Jeśli jedynka komuś tego nie obnażyła – bo była bardziej wygładzona i nie szalała przesadnie w kwestii gameplay’owej różnorodności – to dwójka na pewno to zrobi.
Twórcy czuli presję dodania nowości, które mogłyby napędzić całe doświadczenie – typowo dla sequela. Żetony postanowili rozdzielić między sekcje celebrujące otoczenie danego levela – od nadmiernego skakania, przez zagadki środowiskowe, aż po zabawy przebijające czwartą ścianę – i jeżdżenie na deskorolce. Grindowanie każdej poręczy, które również służy do penetrowania pozornie niedostępnych terenów i odkrywania pobocznych sekretów, ale przede wszystkim do… szybszego przemieszczania się. Żadne to novum i żadna wielka rewolucja, a niestety nie pozwalają nam o tym zapomnieć. Gdyby stała ona obok całego rdzenia rozgrywki i ewentualnie widniała na okładce, oferując w trakcie gry zmiany deski na bardziej wykręcone, to by było ok. Tyle że to jest tu motyw bardzo mocno podkreślany na każdym kroku i nie dający o sobie zapomnieć.
Czułem, że za mocno się skupiali na nim, a warto było poświęcić ten czas na poprawienie niedoskonałości poprzednika. Było ich trochę i tu są te same. Bokiem wychodziły mi ciągłe środowiskowe zagadnienia, które obejmowały przenoszenie ciężkiego kloca. Wymagają one nieustannie tego samego – zmiany naszych pistoletów i wykorzystania ich umiejętności w konkretnym miejscu. Większość leveli ma tego nadmiar i zabijają one tempo z gigantyczną skutecznością – a złośliwie powiem, że to tempo staraliście się napędzić w innym elemencie. Gra zaczyna nam się dłużyć. Mam wrażenie, że dłuższe sesje są tu niemożliwe – w moim przypadku były. Oczywiście jak przejdziesz taką zagadkę, to trafisz na falę tych samych wrogów i problem się nie rozwiąże.
Humor > Gameplay
I mimo tych gamingowych zbrodni, to High on Life 2 nie jest przygodą totalnie bezcelową. Ma ona nadrzędny atut, w którym odnajduje się świetnie. Jest zabawna. Upewnili się na szczęście dodać nowych towarzyszy, którzy wnoszą do naszej kieszeni kolejne wybuchowe charaktery. Świeżynki są momentami zdecydowanie lepsi od poprzedników i aż chce się słuchać ich komentarzy. A to nawet nie od nich idzie to “najbardziej gęste”. Najzabawniejsze jest to, co dzieje się wokół. Pomysły, jakie tu mają, są nie do podrobienia. Niezależnie, czy będziesz przeprowadzał śledztwo, odwiedzał miasto, które zrezygnowało z wystroju wnętrz, czy brał udział w morderczym turnieju – japa się będzie cieszyć. A nawet jak nie będzie się uśmiechać, to i tak nie sposób odmówić im kreatywności. Lubią, umieją i chcą nas zaskakiwać. I to jest potężna siła High on Life, która sprawia, że grasz w to POMIMO tego, że to absolutnie przeciętna gra. Żmudna, monotonna, z kiepskim naciskiem na specjale naszych broni i sekcje platformowe.
Podsumowanie
Gdybyśmy odebrali tej grze te bronie i tę wyjątkowość świata, to nikt by tego nie ruszył, a i problem byłoby o tej grze w ogóle usłyszeć. Nie mówię tego złośliwie – chcę w ten sposób podkreślić, jak wyjątkowa jest ta otoczka. Jaką siłę ona stanowi i jak sprawiła, że ta gra zyskała szum medialny, a nawet poklask. Pytanie tylko jest jedno – czy nie lepiej obejrzeć serial bazujący na podobnym humorze, a nie silić się z graniem w coś, co zwyczajnie nie jest przesadnie dobre? Mnie takie myśli nachodziły zdecydowanie częściej tutaj niż przy jedynce. Nawet jeśli stwierdzenie o dwukrotnie opowiedzianym żarcie było przesadnie złośliwe, bo przecież mieli tu tonę nowych pomysłów, to zrobili to na tym samym szablonie i z tym samym bagażem problemów. Więcej tego samego – tak. Dobry sequel – niekoniecznie. Doceniam ich bezkompromisowość. Powiew świeżości, jaki serwują… ale nie chce się w to po ludzku grać.
Zalety
- Bezkompromisowy humor
- Ogrom kreatywnych pomysłów na budowę kolejnych leveli – lubią i chcą nas zaskakiwać
- Nowi towarzysze do naszego arsenału są równie dobrzy, jak Ci oryginalni
Wady
- To nigdy nie był, nie będzie i nie jest dobry FPS – żmudny, monotonny, z przeciętnym modelem strzelania
- Nacisk na deskorolkę jest za duży – celebrują coś, co jest totalnym banałem
- Zagadki środowiskowe oferują różnorodność podobną do tutejszego strzelania…







