Zombie Army 4: Dead War – Opinia

Wiecie co mnie zastanawia? Jak zareagowałby Adolf Hitler, gdyby jeden z jego doradców podszedł do niego w trakcie tajnego spotkania i powiedział mu coś takiego: – Słuchaj Adolf jest sprawa. Robisz teraz spore zamieszanie w Europie i na świecie, za jakiś czas olejesz traktat pokojowy i najedziesz Polskę i będzie się dobrze zapowiadać. Koniec końców przegrasz wojnę, twoje imię na zawsze zostanie potępione, ludzie przez dziesięciolecia będą mówić, że byłeś Niemcem, a w połowie naszego wieku powstaną gry komputerowe w których za jakiś czas będzie można Ciebie mordować na dziesiątki sposobów.Raczej nie skakałby pod sufit z radości, ale nie zmienia to faktu, że właśnie dostaliśmy kolejny tytuł, w którym mierzymy się z całymi zastępami nieumarłych nazistów. Czy jest na sali ktoś, kto czuje zmęczenie materiału i na widok kolejnej gry o zombie ma uczucie refluksu? Jeżeli ktoś poza mną podniósł właśnie rękę, to nie zdziwi mnie to ani trochę. To prowadzi do drugiego pytania – czy jest na sali ktoś, kto mimo zmęczenia tematyką zombie bawił się świetnie przy nowej części pod serii Sniper Elite o maszerujących bez celu zombie? Mam nadzieję, że i tym razem nie byłem jedynym, który się zgłosił. Zapraszam do recenzji Zombie Army 4 Dead War.

Słów kilka o fabule, bo ta, mimo iż nie jest rodem z Red Dead Redemption 2 z filmu Quentina Tarantino, to jakaś jest i nie można jej pominąć. Mamy rok 1946, II wojna światowa jaką znamy została zakończona, ale na Ziemia zapanowała plaga nieumarłych, którzy bez swojego przywódcy, w postaci Adolfa, człapią bezwładnie i jedyne co ich interesuje, to wgryźć się w kolejny kawałek mózgu zanim ich mózgi zostaną rozerwane przez nasze pociski. Grę rozpoczynamy na uliczkach Mediolanu, gdzie jako jeden z czterech bohaterów do wyboru rozpoczynamy naszą krucjatę przeciwko całej armii wiecznie głodnych spacerowiczów. Wartym odnotowania jest fakt, że możemy zagrać jako jedna z czterech postaci, w tym znany weteranom serii Karl. Osobiście jednak jako chłopak, który wychował się w klimatach rodem z rosyjskich blokowisk XX wieku, wybrałem swojsko wyglądającego Borysa, brzmiącego niczym handlarz ze stadionu dziesięciolecia. Niedługo po tym jak rozpoczniemy krucjatę, dowiadujemy się, że źródłem niekończącej się inwazji truposzów są tajemnicze drzewa, które służą jako portale sprowadzające na ten świat wszystkich, którzy powinni cały czas gryźć piach. W celu zniszczenia tych drzewek przemierzymy całkiem niezły kawał Europy i zobaczymy kilka naprawdę ładnych miejsc, w tym Włochy, Chorwację czy Francję. Po drodze napotkamy kilka postaci pobocznych, jednak żadna z nich nie jest na tyle warta odnotowania, by się przy niej rozpisywać. Po prostu takie typowe NPC, które dla nas są tylko przystankiem między kolejnymi zadaniami. Zresztą spójrzmy prawdziw oczy i nie ukrywajmy faktu, że w grach z zombie zależy na jednej rzeczy. Na porządnej i soczystej rozwałce.

Kto grał w poprzednie części na pewno pamięta jak bardzo dobrze był zrobiony system strzelania z karabinu snajperskiego, wszak jest to doskonała wizytówka całej serii. Rewelacyjna obsługa, idealne wyczucie broni oraz fantastyczne animacje, w których widać było jakie organy wewnętrzne przeszywały nasze pociski, powodowały, że nie chcieliśmy się z nią rozstawać ani na moment. Tym bardziej, że strzelanie z jakiejkolwiek innej broni po prostu strasznie kulało i nie sprawiało żadnej satysfakcji. Na szczęście ktoś bardzo mocno odrobił zadanie domowe i cały system strzelania z karabinów szturmowych czy strzelby został wyraźnie przebudowany. Niesie to ze sobą pewne zmiany w samej rozgrywce, bo tym razem w momencie kiedy zaczyna nas otaczać cała chmara przeciwników nie ratujemy się rozpaczliwym strzelaniem ze snajperki, tylko chwytamy za drugą broń i z ogromną przyjemnością masakrujemy kolejne zastępy sztywniaków, których jest momentami niesamowicie dużo. Jednak twórcy gry zadbali o możliwość ustawienia tego, czy grając np. samemu chcemy mierzyć się z taką liczbą wrogów, która by nas atakowała w momencie gdybyśmy grali w czteroosobowej kooperacji. I o ile na poziomie normalnym czy trudnym jest to trochę wyższa szkoła jazdy na późniejszych etapach (nie kłamię, odpaliłem jeden z ostatnich fragmentów gry i nie wiedziałem czy mam strzelać w zombie, czy sobie w głowę), to w taka rozgrywka idealnie nadaje się na wieczorne odprężenie na poziomie łatwym. Oczywiście w miarę progresu w grze zdobywamy pakiety ulepszeń dla naszych broni, dzięki czemu mają one większe magazynki, obrażenia czy ataki elementarne, ale dzięki szerokiemu wachlarzowi ustawień powinien odnaleźć się tutaj zarówno niedzielny gracz jak i hardkorowy fanatyk, który przy odpaleniu gry kładzie się na podłodze zakryty siatką maskującą i wstrzymuje oddech w momencie, kiedy przechodzi obok niego zwierzak domowy. A jeżeli mało nam będzie rozczłonkowywania nieboszczyków w kampanii, to możemy zaprosić kilku znajomych i wspólnie wyruszyć w trybie hordy gdzie (nomen, omen!) walczymy z następującymi po sobie falami. Początkowe potyczki są bardzo przyjemne, jednak bardzo szybko możemy stracić nad nimi całkowitą kontrolę ze względu na bardzo szeroki wachlarz przeciwników. W całej grze spotkamy oczywiście standardowych człapaczy, którzy przy najmniejszym podmuchu wiatru powinni zbierać pozostałe zęby z ziemi. Mamy biegnących na nas samobójców, których najlepiej rozwalić kiedy przebiegają akurat niedaleko większej grupy trupów. Powracają zombie z karabinami, których kontrola nad spustem przypomina skuteczność wstrzymywania moczu u stulatka. Napotkamy też trochę bardziej wymagających zgnilców, którzy są w stanie operować miotaczem płomieni, działkiem Gatlinga czy ogromną piłą tarczową jednak największą ich siłą jest liczebność i czasami złe ustawienie się daleko od miejsca z amunicją oraz killka niecielnych serii może mocno namieszać nam w planach.

Gra nie jest bez wad czy rzeczy, które można poprawić w kolejnej części. Na pewno minusem jest dość ubogie uzbrojenie. Mamy do dyspozycji 10 broni i nie jesteśmy w stanie odblokować nowych, chyba że nie mamy nic przeciwko, aby sięgnąć do portfela i rzucić paroma złotymi w ekran. Oczywiście bronie dostępne jako płatne DLC mają znacznie lepsze parametry, ale nie mam zamiaru się nad tym pastwić, bo to po prostu znak czasów w grach wideo. Wyraźnie też nieraz nasz celownik nas oszukuje, bo mimo iż celujemy dobrze, to nasze pociski jakby przelatywały przez przeciwnika i trafiają w ścianę za nim, co w przypadku gorącej sytuacji potrafi podnieść lekko ciśnienie. Do kapowniczka trafił też system punktów kontrolnych, który momentami po prostu jest fatalny. Mamy jedną hordę, przebijamy się przez nią, zabijamy jakichś człapaczy, coś wysadzamy, zbieramy coś potrzebnego do zadania, kolejna horda i nagle pojawia się bardzo irytujący błąd z uciętym ekranem u dołu i u góry ekranu. Czasami zniknie, jednak najczęściej jesteśmy na niego skazani chyba, że wczytamy sobie punkt kontrolny. I tutaj do nas dociera, że gra nas cofa do momentu sprzed pierwszej hordy i zaczynamy od nowa całą zabawę, mając nadzieję, że powyższy problem już się nie powtórzy. Jest to też wg mnie największa wada gry, bo na pewno nie jest to gra krótka (przejście zajęło mi około 15h na normalnym poziomie), ale nie jest też przydługawa. Za cenę ok 169zł w pudełku dostajemy naprawdę przyzwoity tytuł, w którym znajdziemy pyszną rozwałkę, przyjemny model strzelania oraz grę wypełnioną niesamowitym klimatem filmów klasy B z lat 70-ych i 80-ych. Muzyka, wygląd przeciwników, lokacje czy po prostu smaczki znajdywane przez nas w kolejnych poziomach to takie przyjemne oczko puszczone do takich starych dziadów jak ja, którzy doskonale pamiętają tamte czasy z filmów na kasetach VHS. Jeżeli mało nam będzie tego klimatu, to na dokładkę możemy sobie odpalić tryb fotograficzny, gdzie możemy sobie nałożyć stosowny filtr oraz upiększyć zdjęcie o wygląd plakatu filmu, który wygląda jakby złożony w kosteczkę leżał w szufladzie przez ostatnie 20 lat.

Wiem, że na horyzoncie mamy kilka grubych pozycji jak Doom, Animal Crossing, Cyberpunk czy Resident Evil, więc pewnie niejeden z Was ma już odłożoną w sakwie odpowiednią kwotę na jeden z tych tytułów, ale nie zapominajcie o Zombie Army 4: Dead War (ciekawe co wymyślą w podtytule w kolejnej części), bo to niebywale przyjemna gra.

 

PLUSY:

  • soczysta rozwałka zombie,
  • poprawiony model strzelania z innych broni niż karabin snajperski,
  • długość gry bardzo stosowna do ceny,
  • przyjemnie odmóżdża, bo nie trzeba się skupiać na fabule,
  • fajne smaczki filmów z ery VHS…

MINUSY:

  • …które zostaną wyłapane raczej przez graczy starszej daty,
  • kilka wkurzających błędów,
  • ubogie uzbrojenie,
  • ostatnia walka jest mało satysfakcjonująca.
Grę udostępnił wydawca.