GRID – Opinia

Gra praktycznie zapowiedziana znienacka stała się moim pretendentem do najlepszej gry wyścigowej roku. Zupełnie nowa odsłona GRID, tym razem bez żadnego numerka ani podtytułu, ale w żadnym wypadku nie należy traktować tego jako reboot czy remaster. To pełnoprawna kolejna część świetnej serii. Czy Codemasters należycie przywróciło markę do życia, a może dali ciała po całości? Czytajcie, a się dowiecie! 

Obecna generacja ma już bliżej niż dalej do końca. Karty już dawno rozdane, nagrody przyznane, wielkich niezapowiedzianych hitów raczej nie ma się już co spodziewać. a hajsy trzeba odkładać na kolejną konsolę, prawda? Tak też myślałem do momentu, aż nie odpaliłem najnowszego dziecka Codemasters. GRID był zawsze moją ulubioną serią wyścigową, spadkobierca genialnej serii TOCA, a przy tym nie stara się wymyślać koła na nowo, a tylko uprzyjemnić znane wszystkim schematy.  Dostajemy z pozoru prostą grę wyścigową, opartą na jednej podstawowej zasadzie – musisz wygrać – tylko tyle i aż tyle. W tej prostocie właśnie tkwi cała magia, a jak dorzucimy do tego świetnie odwzorowane samochody, kilkanaście pięknych tras i torów, kilka kluczowych dyscyplin motorsportu oraz tony pogiętej blachy, zderzaków i spojlerów to dostajemy wyścigówkę na miarę naszych czasów!

Nie dajcie się zwieść -nowa odsłona, w przeciwieństwie do poprzednich, zrywa z całkowitym  i beztroskim stylem arcade. Dostajemy coś w rodzaju gry simcade, czyli arcadówki z małą namiastką symulacji. Jeśli szukacie prawowitego symulatora jak PCars czy chociażby iRacing, to źle trafiliście. GRID co prawda oferuje kilka opcji tuningu samochodu, takich jak twardość zawieszenia czy przełożenia skrzyni biegów, jednak nic ponadto. Gdybym miał porównywać GRID’a z jakąkolwiek inna grą, byłby to DriveClub. Tak, dobrze czytacie, gra przypomina ostatnią grę studia Evolution pod wieloma względami. Przede wszystkim model jazdy, który nie jest symulatorem, ale też nie jest pełnym arcadem. Ja osobiście nazywam ten typ “skillowymi wyścigami”. Ten gatunek swoje podstawy miał już przy okazji MSR na Dreamcasta oraz jego spadkobiercy w postaci Project Gotham Racing, zapewne słyszeliście o tej “niszowej” produkcji tu i ówdzie. 😉 Nawet cała “kariera” wygląda bardzo podobnie jak w tamtych grach, czyli jedziemy event po eventcie, a na końcu walka o główny puchar. Na samym końcu przyjdzie nam walczyć z zespołem, który bardzo dobrze znamy z poprzednich odsłon.

Tak drogie dzieci kończy się szarżowanie na pałę.

Tym razem jazda samochodem to już nie tylko wciśnięcie gazu na starcie i puszczenie go na mecie. Każdy pojazd ma swój własny styl, który musicie wyczuć. Jeśli wsiądziecie do potwora z napędem na tył i wciśniecie gaz do dechy na wyjściu z zakrętu, to już możecie skorzystać z funkcji flashback, czyli szybkie cofnięcie czasu, które tak dobrze znamy dzięki tej serii. Ustawienie asyst na full też niewiele Wam da. Od razu chciałbym Was uspokoić, jak już pisałem, to nie jest typowy symulator, gdzie najpierw trzeba cały dzień spędzić w jednym aucie, żeby przejechać przez jeden zakręt bez spina. Po kilku minutach grania daną furą będziecie już mniej więcej wiedzieć, co można, a co nie można. Model jazdy jest dużo cięższy niż w poprzednich odsłonach, czuć wagę oraz moc każdego auta, od najlżejszych w postaci Mini Morisa czy bolidów formuły, a na potężnych muscle carach kończąc. Trzeba odpowiednio operować gazem w każdym z nich, żeby przypadkiem nie skończyć w żwirze czy na bandzie. Codemasters chwali się, że spokojnie można grać na kierownicy, co też uczyniłem. Po szybkich ustawieniach force feedbacku oraz czułości koła mogłem ruszać na tor. Nie ma co ukrywać, że jazda na kole w tej grze to tony miodu i jeśli tylko macie taką możliwość to koniecznie z niej skorzystajcie. Co nie zmienia faktu, że zabawa na padzie jest równie dobra i pod taki sposób rozgrywki była właśnie tworzona ta gra. Bez problemu opanujecie każdą maszynę, nawet z wyłączonymi wszelkimi asystami, co zalecam zrobić na samym początku (można ABS zostawić na minimum jedynie). Zabawa z gazem oraz odpowiednim wejściem w zakręt, aby zyskać jak najwięcej cennych ułamków sekund to kwintesencja tej gry, a gdy wyjdziecie z uślizgu tylko dzięki własnym umiejętnościom, to banan długo nie będzie Wam schodził z gęby.

Z czystego obowiązku trzeba również wspomnieć o naszym garażu, a dokładnie to co do niego możemy wstawić. Dostajemy kilka serii wyścigowych (niestety nie są to oficjalne serie) takich jak Samochody Turystyczne, GT, JDM, a nawet serię Fernando Alonso, która opiera się na najszybszych maszynach w grze, w tym oficjalny bolid F1 Renault R26, którym wcześniej wspominany Fernando zdobył swoje mistrzostwo świata w królowej motorsportu. Na końcu owej serii możemy nawet z nim powalczyć! Mówiąc krótko, do dyspozycji dostajemy około 70 wózków z najróżniejszych kategorii, także jest się czym bawić. Wszystkie nabyte zabawki można upiększać ogromną liczbą gotowych malowań. Już w poprzednich częściach było w czym wybierać, ale tutaj jest tego jeszcze więcej. Po każdym wyścigu odkrywamy kolejne zestawy, które można później lekko modyfikować. Na próżno jednak szukać tutaj edytora, tego po prostu nie ma. Świetnym “ficzerem” jest również brudzenie się naszego samochodu z wyścigu na wyścig, gdy nie zmieniamy malowania. Nasze autko będzie coraz to brudniejsze, aż w pewnym momencie ciężko będzie je poznać. Bardzo fajna dbałość o szczegóły, której brakuje w innych grach. Zatem po czym będziemy jeździć? No cóż, nie mogę powiedzieć, że twórcy dali ciała w tym aspekcie, bo nie dali… Dostajemy kilka oficjalnych torów, takich jak Sepang w Malezji czy Silverstone w UK. Do tego kilka torów z dalekiego wschodu + zabawa w takich miastach jak Barcelona, San Francisco czy Havana na Kubie, gdzie dodatkowo każde z nich ma kilka różnych kombinacji i otrzymujemy pokaźną listę tras. Brak tutaj wielkiego nieobecnego w postaci SPA w Belgii, ale może w którymś dlc? Studio już zapowiedziało się, że będzie grę rozwijać dodatkowymi samochodami oraz trasami, mam nadzieję, że dostaniemy jakieś dodatkowe serie i eventy do ukończenia.

Dla legend również znalazło się miejsce.

Obok zadowalającej listy samochodów i tras, jest jeszcze jeden wielki atut tej gry, kto wie czy nie ten najważniejszy. Mianowicie chodzi o warunki pogodowe. Od czasu licznie wymienianego tutaj DriveCluba nie czułem takiej frajdy z jazdy w gęstym deszczu, a już szczególnie podczas deszczowej nocy przez centrum Szanghaju. Nie sądziłem, że konsola jest jeszcze w stanie coś takiego pociągnąć. W tle widzimy piękną metropolię, która ozdobiona jest licznymi neonami, a to wszystko odbija się w kałużach, które tworzą się od padającego deszczu. Nie chce brzmieć jak fanatyk, ale te odbicia i praca oświetlenia w tej grze to już nie tylko ewolucja, ale istna rewolucja. Co prawda w przypadku samego deszczu to DC wciąż jest numerem #1, ale GRIDa stawiam tutaj zaraz za nim. Za to dzieło Codemasters przejmuje pałeczkę lidera właśnie w przypadku oświetlenia. Czy to jazda w nocy i odbijające się neony na naszym samochodzie i wodzie czy też promienie słońca przechodzące przez korony drzew i padające na lakier naszego potwora. To wszystko powoduje opad szczęki, którego nie spodziewałem się już w tej generacji, dlatego brawa dla Codemasters za to wszystko, bo wraz ze skillowym modelem jazdy i całą tą fantastycznie dopracowaną otoczką dostajemy samochodówkę z najwyższej półki, przy której mam zamiar spędzić każdą wolną godzinę (gdy tylko je znajdę…). Wspominałem, że to wszystko lata w 60 klatkach na sekundę bez najmniejszych dropów (PS4 Pro)? Okej, można się przyczepić, że tekstury niektórych elementów otoczenia są kiepskie, ale niestety ta generacja ma swoje limity i gdzieś trzeba było pójść na kompromis, żeby osiągnąć to co wyżej opisałem. Podczas jazdy jest to zupełnie niezauważalne i tylko uparci będą twierdzić, że “drzewa są kwadratowe i mało przechodniów”.

No to panie Ondrej, mamy do pogadania!

Przy tej całej ekscytacji zapomniałem o nowości w serii, czyli systemie “nemesis”. Nasze zachowanie na torze nie ujdzie nam teraz na sucho i jeśli będziecie się mocno rozpychać łokciami to weźcie pod uwagę, że owym łokciem sami możecie dostać. W praktyce odbywa się to tak, że gdy uderzymy jakiegoś jegomościa zbyt mocno, albo zbyt często to staje się naszym wrogiem i pojawia się nad nim odpowiednia ikonka. Zacznie on na Was polować na każdym kolejnym zakręcie i walka z nim będzie znacznie bardziej agresywna. AI nawet i bez tego jest już agresywne, walczy o każdą pozycję, zajeżdżają nam drogę, przepychają się, a co ważniejsze to również popełnia błędy. Nie raz i nie dwa będziecie świadkami jak kilka samochodów przed Wami dochodzi do sporego karambolu, samochód leci w powietrze, w około sypią się części, a reszta leci w żwir. Takie akcje to tutaj normalka i dodają jeszcze większej pikanterii całemu wyścigowi. Z pomocą może przyjść nasz kolega zespołowy, któremu możemy wydawać proste komendy, takie jak atakuj, albo broń pozycji. Jest to przydatne w momentach, gdy np. kolega jedzie w czołówce i poprzez defensywną jazdę może nieco spowolnić stawkę. Agresywna jazda może skutkować zyskaniem pozycji, a to daje większe profity na mecie. Wszystko jednak ma swoją cenę, bo zbyt agresywny atak może skończyć się na bandzie i nasz team mate będzie wąchał spaliny na samym końcu stawki.

Nie byłbym sobą, gdybym się do czegoś nie przyczepił. Przy tych wszystkich ochach i achach, brakowało mi tu jakiegoś minimalnego elementu rozwoju – czy to kierowcy, samochodu, albo nawet naszego zespołu. Zdobywamy co prawda kolejne poziomy, ale tylko po to, aby odkryć elementy kosmetyczne. Pieniądze służą tylko i wyłącznie do zakupu kolejnego wozu. Zarządzanie zespołem ogranicza się do zmiany jego nazwy i zatrudnieniu nowego kierowcy jako naszego partnera. Nawet w Dirt Rally byli w stanie upchnąć ulepszenia samochodu czy choćby zatrudnianie mechaników i przypisywanie im perków. Dziwi mnie takie posunięcie, szczególnie że w poprzednich odsłonach można było pozyskiwać sponsorów i dało się odczuć progres w kampanii. Całość można sprowadzić do jeżdżenia i kupowania kolejnych fur za zarobiony hajs. Innym brakującym elementem jest Photo Mode. Przy tak pięknych efektach pogodowych i oświetleniu aż się chce cykać fotki, a tutaj zonk. Jedynie podczas powtórki wyścigu można uzyskać jakieś ciekawe ujęcia, ale to takie lizanie cukierka przez papierek. Brak wyżej wymienionych elementów rozwoju może powodować u niektórych dość szybki efekt monotonii, ponieważ skaczemy od wyścigu do wyścigu, gdzie po czasie już wszystko znamy i nic nowego już zobaczymy. Co do całego szumnie reklamowanego systemu “nemesis” to jest on bardzo ubogi. Wystarczy ukończyć wyścig, a w kolejnym wszystko wraca do normy. Gra nie zapamiętuje, że zepchnęliśmy jakiegoś kierowce i ten dostał agresora. Poza tym naprawdę nie jestem w stanie znaleźć jakiś większych minusów tej produkcji, bawię się przednio i liczę, że Wy również będziecie, bo ta seria zasługuje na kolejne części jak żadna inna.

Wszystko co najlepsze na jednym zdjęciu.

Na kilka dni przed premierą, wszystko śmiga bez zarzutów, żadnych błędów, glitchy itd. Można powiedzieć, że GRID to gra kompletna, co w dzisiejszych czasach jest po prostu niespotykane. Także jeśli komuś nie są potrzebne jakiekolwiek elementy rozwoju, czy to fury, czy zespołu, nie oczekuje od tej gry kolejnego topowego symulatora, a chce się po prostu dobrze bawić z mała dozą wyzwania, to spokojnie może jej wystawić 5 gwiazdek i brać w ciemno na premierę. Nie będziecie żałować, ponieważ ta gra to masa dobrej zabawy i czerpanie od najlepszych. Jestem nią zachwycony, a nic tego nie zapowiadało. 🙂

 

PLUSY:

  • skillowy model jazdy,
  • model zniszczeń,
  • efekty pogodowe,
  • oświetlenie!
  • szczegółowe i pełne detali otoczenia tras,
  • kilka różnych serii skupionych tylko na wyścigach,
  • stałe 60 klatek na sekundę.

MINUSY:

  • dość uboga kariera,
  • brak elementów rozwoju,
  • możliwy efekt monotonii po kilku wyścigach,
  • system “nemesis” zapomina o wszystkim w kolejnym wyścigu,
  • brak Photo Mode.
Grę udostępnił wydawca - Koch Media Polska.