Marty Mauser, nieprzeciętnie ambitny młody chłopak z Nowego Jorku lat 50tych próbuje za wszelką cenę przebić się do pierwszej ligi ping-ponga i wyrwać się z szarej codzienności. Na drodze stają mu nie tylko inni zawodnicy, ale też często jego własne życiowe wybory.
“Wielki Marty” jest momentami trochę jak pingpongowa piłeczka fruwająca nad stołem podczas meczu dwóch topowych zawodników. Czasem trudno nadążyć, ale i tak czuć, że to dobre widowisko.
Są takie historie, które, jak im się bliżej przyjrzeć, to mimo, że próbują być strasznie skomplikowane, są proste do bólu. “Wielki Marty” to na dobrą sprawę historia o tym, że czasami szukamy szczęścia próbując sięgać gwiazd, a nie zauważamy tego co mamy pod nosem. Trywialne? Było? Oczywiście – miliony razy. Czy można jednak tą samą historię opowiedzieć po raz kolejny i skutecznie porwać widza? “Wielki Marty” udowadnia, że bez problemu.

Timoty? Timoteee? Timoteusz?
Głównie pomaga w tym oczywiście brawurowy Chalamet. Można go lubić lub nie, ale chyba nawet najbardziej zagorzali antyfani powinni przyznać, że jest ostatnio jednym z ciekawszych zjawisk w – niestety nie błyszczącym już dawnym blaskiem – Hollywood. Jego Marty to po raz kolejny rola wielowymiarowa, z niuansami – po prostu ciekawa, zwłaszcza, że wcale nie do końca pozytywna.
Mauser w pogoni za tytułową wielkością kłamie, próbuje naginać pod siebie rzeczywistość, wykorzystuje wszystkich dookoła i bywa po prostu niespecjalnie dobrym człowiekiem. Natomiast dla widza to prawdziwa uczta, bo nawet w byciu chamem i egoistą Chalamet znalazł sposób na postać, która skutecznie trzyma przy ekranie.
Determinacja i charyzma Marty’ego porywa nie tylko jego dziewczynę Rachel (Odessa A’zion). Po drodze udaje mu się skutecznie zbajerować i zaciągnąć do łóżka nawet – przebrzmiałą już co prawda – gwiazdę filmową Kay Stone (świetna Gwyneth Paltrow). Wszystko w imię wyższego celu jakim jest właśnie tytułowa wielkość, która… nie jest wcale czymś kompletnie nieosiągalnym, jak się okazuje.
Wielki mały człowiek
Bo Marty nie jest tylko pustą wydmuszką, ale też światowej klasy pingpongistą, zdolnym sięgać po mistrzowskie tytuły. Tylko, że żeby grać w tej klasy turniejach potrzebne są pieniądze na wpisowe czy po prostu bilety na samolot, aby tam w ogóle dotrzeć. W ten sposób dochodzimy do głównego wątku filmu jakim jest po prostu brak pieniędzy. Cały film jest w zasadzie jedną wielką gonitwą za zdobyciem środków na wyjazd na mistrzostwa do Japonii. Tam Marty ma udowodnić, że zaskakująca przegrana z japońskim mistrzem w finale turnieju w Wielkiej Brytanii to wypadek przy pracy, a Marty Mauser to naprawdę Wielki Marty.

Ta gonitwa za kasą ma swoje naprawdę znakomite, ale i te gorsze momenty. Miejscami naprawdę zgrabnie reżyser Josh Safdie splótł ze sobą nici chaosu, a miejscami trochę jakby się to jednak wymykało spod kontroli. Marty wdzięcznie ślizga się między przeciwnościami i naprawdę dostarcza to widzowi mnóstwo radości, ale np. cały wątek ze zgubionym psem momentami wydawał się doklejony na siłę. Historia mogła by chyba być nieco bardziej skondensowana, a chaosu i tak byłoby w niej aż nadto. Trzeci akt był przez to momentami męczący i chciałoby się już jakiegoś rozwiązania, puenty, a tu musimy jeszcze trafić w kilka miejsc, bo scenariusz tego wymaga. Na szczęście finał i – tak prosta, że aż boli – ale mocna puenta zostaje na długo w pamięci.
Podsumowanie
Nawet jakieś drobne wpadki nie zmienią faktu, że “Wielki Marty” to świetne kino. Bardzo zgrabnie zagrane, z wyczuciem nakręcone i po prostu dające ogromnie dużo satysfakcji. Dla fanów Chalameta pozycja obowiązkowa, ale i dla wszystkich innych.
Zalety
- Chalamet, ale i cała obsada
- dobre – czasem aż zbyt dobre – tempo
- zdjęcia
Wady
- niektóre wątki niepotrzebnie nadmuchują i tak już bogaty scenariusz
- miejscami chaotyczny, niekoniecznie zgodnie z planem


