Final Fantasy VII Remake – Opinia

Są takie momenty, kiedy wszystkie inne gry przestają się liczyć i myślicie tylko o tej jednej jedynej. Nieważne, czy jesteście w pracy, szkole czy na spacerze, cały czas o niej myślicie i nie możecie się doczekać kiedy znów do niej wrócicie. Tak jest właśnie z Final Fantasy VII Remake. Ta gra jest wręcz magiczna, każdy piksel został zrobiony z jak największym pietyzmem, ścieżka dźwiękowa to czysta poezja, a postacie i sama fabuła są tak samo charyzmatyczne i wciągające jak kiedyś. Pisząc tę opinię wciąż nie mogę zebrać myśli “do kupy”, bo jestem pod ogromnym wrażeniem tego, co zrobili Japończycy. Nasi przyjaciele z dalekiego wschodu po raz kolejny pokazują jak należy robić nowe wersje starych klasyków. Myśleliście, że przy Resident Evil 2 było już świetnie? Tutaj jest równie dobrze, jak nie lepiej. Szczerze to nie wiem od czego zacząć, chciałbym Wam od razu zasugerować zakup owej gry i zanurzyć się w jej cudownym świecie. Spróbuje jednak się ogarnąć i coś sensownego wydusić z siebie.

Po prostu wow…

Pierwszą rzeczą, na którą wszyscy spojrzą w Final Fantasy VII Remake, jest prześliczna oprawa graficzna. Po to właśnie wszyscy czekali, żeby zobaczyć przygody Clouda, Tify i reszty w zupełnie nowej odsłonie, zgadza się? Całość waży (nie)bagatela 90GB, ale jak już uda Wam się pobrać i zainstalować, to czeka Was nie lada gratka. Już od pierwszych sekund gry będziecie zbierać szczękę z podłogi i nie mówię o pięknych renderowanych cut-scenkach, ale o samej grze. Pamiętacie czasy, kiedy różnica między filmikiem a samą grą była tak widoczna jak między nocą a dniem? No to dożyliśmy czasów, kiedy ta różnica jest już praktycznie niewidoczna. Postaci, ubrania, otoczenie, oświetlenie, każdy element, który widzimy na ekranie – to małe dzieło sztuki. Gdy tylko wejdziemy do nowej lokacji, to nie można oprzeć się wrażeniu, że autorzy aż proszą nas o przystanięcie i podziwianie. Czy to brudne slumsy i obskurne sklepiki, albo strefa rozrywki bogata w neonowe znaki, lampiony i restauracje, w których cały czas się coś dzieje, wszędzie będziemy obracać kamerą, żeby tylko obejrzeć każdy detal. Okej, jak gdzieś mocno zboczymy z drogi i będziemy się doszukiwać słabszej jakości tekstur, to je znajdziemy, tak dobrze to jeszcze nie ma, żeby śmieci za płotem były w rozdzielczości 8K i wypalały gałki oczne. Gra ma również problemy z doczytywaniem tekstur to i tam (słynne drzwi w 240p).  W tej części przyjdzie nam zwiedzić tylko Midgar, ale ilość zapierających dech miejscówek i tak jest spora.

Ahh, gdyby tak wydali od razu cała grę…

Jessie jak zwykle urocza.

Nim w ogóle zaczniemy rozmowę na temat fabuły, muszę podkreślić, że z oryginalną częścią miałem bardzo mało do czynienia i to jeszcze za czasów PSXa. Także praktycznie gram na świeżo i poznaje wszystko, jak gdybym grał w zupełnie nową grę. To, że Final Fantasy VII zostało podzielone na części, to już wiemy od dawna i jest to jeden z największych minusów. Fabuła rozpoczyna się na stacji kolejowej, a kończy w momencie opuszczenia Midgaru. Nie wiem ile zajmował ten odcinek w oryginale, ale tutaj spokojnie spędzicie około 30 – 40 godzin, w zależności jak dokładnie gracie. Gra jest co prawda do bólu liniowa i nie obyło się bez backtrackingu, a co jakiś czas trafią się rozdziały z kilkoma questami pobocznymi, ale są one tak sztampowe, że szkoda o nich gadać, typowe “fedexy”. W międzyczasie, można poświęcić trochę czasu na kilka mini-gierek, ale ich ilość nie jest niestety przytłaczająca. Możemy pobawić się w rozwalanie skrzynek na punkty, albo spróbować swoich sił w podciąganiu czy robieniu przysiadów. Wracając do głównej linii fabularnej, to trafiamy w wir wydarzeń, kiedy to grupa Avalanche jest w trakcie wysadzenia jednego z kilku reaktorów mako, które służą jako główne źródło zasilania całego miasta. Dlaczego zatem mamy go wysadzić? Ponieważ wielka i zła korporacja Shinra wykorzystuje reaktory do wydobywania zasobów planety, przez co ona umiera. Skąd my to znamy… Cała gra obraca się w okół ratowania planety i zniszczenia złego korpo. Po drodze dowiadujemy się jednak, że to nie korpo jest złe, ale coś jeszcze gorszego. Autorzy już przed wydaniem gry zapowiedzieli, że będą zmiany w fabule względem oryginału i chyba nie grając w oryginał tak dużo, mogę się domyślić gdzie one zaszły, szczególnie pod sam koniec tej części. Na początku historia wydaje się być wciągająca, dynamiczna i pełna akcji. Niestety im dalej w las tym tempo coraz wolniejsze, a na końcu przyspieszenia brak. Co gorsza, końcówka została masakrycznie rozwleczona, a szczególnie przedostatni rozdział, który na dobrą sprawę można by ukończyć w kilkanaście minut, ale przez ciągłe zmiany ekipy i łażenie tam i z powrotem, spędzimy tu co najmniej 2 godziny. Myślałem, że usnę i ewidentnie coś tutaj poszło nie tak w scenariuszu. Jeszcze jakoś bym zrozumiał taki zabieg, jak gra by trwała 5 godzin i jakoś trzeba nabić sztucznie cyferki, ale przy takim rozmiarze reszty? Całkowicie niezrozumiały dla mnie zabieg.

Dajmy już spokój tej fabule i skupmy się na gameplayu, bo tutaj zaszły ogromne zmiany, nawet względem najnowszych odsłon FF. System ATB co prawda wciąż żywy, ale jest kilka zmian. Mamy podział na umiejętności korzystające z pasków ATB oraz z many. ATB nabijamy poprzez atak i obronę, zaś maną trzeba odpowiednio zarządzać, aby jej nie zabrakło. Umiejętności nabywamy poprzez nowe bronie lub materie, które można kupić bądź znaleźć. Do tego dochodzą jeszcze takie, które robią za swego rodzaju perki, np. odporność na ataki, albo zwiększona ilość punktów zdrowia, itd. Można je również łączyć ze sobą, przez co wzmacniamy ich działanie. Jak sami widzicie, możliwości jest sporo. Walki są dynamiczne, powiedziałbym że aż za bardzo, bo często nie wiadomo co się dzieje na ekranie, a niejednokrotnie kamera zachowywała się jakby zwariowała. Przy większej ilości przeciwników, często miałem takie sytuacje, że dostałem strzała za strzałem w plecy i nie mogłem zareagować nim nie skończy się animacja. Nasze ataki czy czary są często przerywane, dlatego timing jest tutaj bardzo ważny. Podczas każdej walki możemy zmieniać postacie w locie, w zależności kogo mamy aktualnie w party. Każda ma swój indywidualny zestaw umiejętności, które przydają się określonych momentach, np. Barret ze swoim działkiem jest świetny na dystans, Aerith sprawdza się jako healer, a Cloud i Tifa to typowe dpsy, nastawione na zjeżdżanie przeciwnika. Wraca również stary dobry stagger, czyli coś w rodzaju oszołomienia. W tym czasie musimy nawalać tym co fabryka dała, albo używać skilli, które jeszcze bardziej podnoszą procent zadawanych obrażeń. Co prawda gra oferuje tryb klasyczny, ale jest to coś w rodzaju samograja, gdzie tylko używamy umiejętności, a nasza postać robi całą resztę za nas. Zapomnijcie o podziale na tury, tutaj on nie istnieje i coś czuję, że długo nie wróci do świata Final Fantasy.

A w wolnych chwilach sadzę sobie żonkile.

Śmiejcie się, ale to jeden z bardziej upierdliwych bossów w grze.

Przeciwnicy oraz bossowie to chyba najjaśniejszy punkt tej gry. Zaczynając od najmniejszych, a kończąc na gigantycznych maszynach, wszyscy są zrobieni z dużą dbałością o każdy szczegół. Im większy przeciwnik tym więcej drobnych detali na jego pancerzu. Niektórzy przybierają inne formy w określonych fazach, także widok rozkładającego się transformersa, gdzie każdy element jest osobno animowany może zrobić wrażenie. Bossowie pojawiają się prawie w każdym rozdziale, każdy jest wyjątkowy na swój sposób i wymaga dobrze dobranej strategii. Pałowanie non-stop jednego czy dwóch przycisków nie przejdzie. Nie dajcie się jednak zwieść, bo w przeciwieństwie do poprzednich części, nawet najmniejsi mogą Was szybko zabić. Autorzy ewidentnie czerpali od From Software w tym aspekcie, bo nie można lekceważyć żadnego przeciwnika, szczególnie grając na najwyższym poziomie trudności. Kluczem jest szukanie ich słabości. W tej odsłonie są one najważniejszym aspektem podczas każdej walki, ponieważ znając słaby punkt każdego przeciwnika, można się z nimi uporać w kilka minut, albo męczyć kilkanaście i paść. Odpowiednio przygotowane postacie, z jak najszerszym zakresem umiejętności oraz magii to wręcz mus.

To jaaaaa typ niepokorny!

Pisząc o Final Fantasy VII nie można pominąć tak ważnej rzeczy jaką jest cudowna ścieżka dźwiękowa. Klasyczne utwory, które zna chyba każdy gracz, przewlekane nowymi, które również szybko wpadają w ucho. Nie ważne czy to podczas przemierzania mapy ze spokojnym “plumkaniem” w tyle, czy szybkie i dynamiczne bity podczas walki, czuć ilość włożonej pracy w oprawę audio i to się ceni. Mowa tu nie tylko o samej muzyce, ale również o wszystkim co nasz w grze otacza. Nawet brzdąkanie potężnego miecza na plecach Clouda robi robotę. Są momenty kiedy brak muzyki w tle jest odpowiednio uzasadniony, chociażby wtedy gdy wchodzimy do starej fabryki i słychać jedynie odgłosy starej blachy oraz nasze kroki niosące się echem. Jest klimat!

Gdzieś tak do mniej więcej 3/4 gry bawiłem się wybornie. Było to dla mnie 9/10, a miejscami 10/10 gdyby nie kilka drobnych potknięć, szczególnie niewgrywające się miejscami tekstury, które można poprawić patchami. O podziale całej gry na części już nawet nie wspominam, żeby sobie ciśnienia nie podnosić. Moja ocena końcowa nieco poleciała w dół przez mega nudną końcówkę i przeciąganie jej do granic możliwości, szczególnie Chapter 17. Do teraz nie rozumiem jaki był tego cel, ale nie chcę spojlerować, więc musicie sami to przeżyć. Dla wielu osób problemem może być też mocno zróżnicowany poziom trudności. I nie chodzi mi tutaj o to, że “boss mnie leje”, tylko są momenty, kiedy właśnie mocnego przeciwnika jesteśmy w stanie zjechać dość szybko, a zaraz po tym trafiamy na tych najzwyklejszych, którzy potrafią nas położyć w kilku strzałach. Jak już mówiłem, taktyka i pilnowanie materii to tutaj najważniejsze zadanie. Bez tego spora liczba graczy będzie cierpieć, dlatego czujcie się ostrzeżeni. No chyba, że komuś nie przeszkadza granie na Easy dla samej historii, to wtedy spokojnie można klepać jeden przycisk i poznawać kolejne wydarzenia. Zainteresowanych może również zniesmaczyć fakt, że na poziomie Hard nie można używać przedmiotów, w ogóle! Chomikowaliście sobie phoenix downy na czarną godzinę? Takiego wała! Do tego mana również się tam nie odnawia, więc spamowanie leczeniem odpada. Dziwne rozwiązanie. Da się je prosto obejść umiejętnościami leczącymi z ATB, ale po co w takim razie ze skrzynek na poziomie Hard wciąż lecą te przedmioty, zamiast chociażby dawać dodatkową manę czy zdrowie? Wydaje mi się, że decyzja o wyłączeniu przedmiotów na poziomie Hard zapadła w ostatnim momencie tworzenia gry. Co by nie było, Final Fantasy VII to póki co chyba najlepszy remake obok Resident Evila 2 i nie można przejść obok niego obojętnie.

 

PLUSY:

  • najlepszy remake do tej pory,
  • oprawa audio/video,
  • wciągająca fabuła,
  • możliwość walki na różne sposoby.

MINUSY:

  • sporadyczne niedoczytywanie tekstur,
  • liniowa aż do bólu,
  • rozwleczona końcówka do granic możliwości.

Final Fantasy VII Remake udostępnił wydawca.