Directive 8020 – Recenzja – Niby świeże, a już przeterminowane

11 maja 2026
0
3/5
Opis:

Supermassive Games mocno osiadło na „growych filmach”, które wyborami i horrorową polewą kuszą graczy przed ekrany. Na Directive 8020 musieliśmy chwilę poczekać, ale czy ta kluczowa zmiana atmosfery przyniosła odświeżenie formuły Dark Pictures?

Supermassive Games przejęło rolę dawnego Telltale i dba o to, by typowe dla nich interaktywne filmy miały swoje miejsce w świecie gamingu. Nie szli oni jednak w kosztowne licencje, a przywdziali bardzo zasadne dla stylu rozgrywki horrorowe szaty i upewnili się, że wszystko odegrają prawdziwi aktorzy. Wiedzieli, że ważna jest mimika, emocje i… zgony. Im brutalniejsze i efektowne, tym lepiej. 

Directive 8020 miało rozpocząć drugi sezon ich serii Dark Pictures. Piszę, miało, bo choć dalej widać tu naleciałości tamtego pakietu gier, to gdzieś zabrakło mi podkreślenia, że to faktycznie porcja większej całości. Wcale nie dałbym sobie uciąć ręki, że możemy odliczać miesiące do następnej gry. Nie dostałem zwiastuna, który miałby mnie nakręcić na kolejny epizod, nie zakończył wszystkiego wymownie kurator, a odbyło się to na zasadach, jak u innych ich gier spoza tego serialowego cyklu. Nie chcę tego jednoznacznie określać, jako coś złego, bo i przecież te poszczególne odsłony nie miały ze sobą wiele wspólnego, ale to może być oznaka, że kolejne gry tego studia nie muszą się pojawiać tak często… I dobrze!

Piszę to jako miłośnik tych pozycji. Może nie wielki entuzjasta, ale sympatyk, który lubił motyw muzyczny, wielbił klimatycznego kuratora i miewał mieszane odczucia względem poszczególnych odsłon. Jedną z tych czarnych owiec okazało się wydane w 2022 roku The Devil In Me. Nie oberwało ono za historię ani za jakieś odejście od standardów, a za wyłożenie się na mimikach twarzy, które do tej pory były dopieszczone przez studio. Oni tam wyglądali tak źle, pusto w środku, bez emocji, że żadna historia seryjnego mordercy nie byłaby w stanie tego wybronić. Nastała cisza, po której pojawił się The Casting of Frank Stone, ale tu też daleko było do uśmiechów.

TAU CETI F I ZAŁOGA KASJOPEI

Dawno zapowiadane Directive 8020, to też drastyczna zmiana klimatu. Przejście na często eksplorowany w filmach temat kosmosu i próba sprawdzenia się w świecie, gdzie grawitacji nie ma, planetę można sobie wymyślić, a do mordów wykorzystać…

 

Poznajemy losy kosmicznej wyprawy, która zmierza na planetę Tau Ceti f. Wszystko ma na celu kolonizację, bo Ziemia nie ma się najlepiej, a czas by znaleźć alternatywę się mocno kruszy. Budzimy się na statku Kasjopeja, gdzie, jak nietrudno się domyślić nie wszystko przebiega zgodnie z planem. Meteoroid dziurawi nasz statek, a żyjący na pokładzie technicy snu próbują rozwiązać problem w pojedynkę. Nie chcą budzić uśpionej na 4 lata załogi, co skończy się dla tej chrapiącej gromadki sporym szokiem.

Czy sama historia się tu broni? Ma swoje momenty, to oddać jej muszę, a i dość sprytnie ogrywa ewentualną potrzebę powtórki tego doświadczenia dla chętnych – umówmy się, zazwyczaj to wtedy te gry najwięcej tracą i obnażają znikome znaczenie naszych wyborów. W moim odczuciu ma jednak za dużo ekspozycji. Często zbędnej. Komuś to może pasować, nie bronię, ale ja zaczynałem się dusić, gdy 4 odcinki z 8 (można/wypada to uznać za rozdziały, ale tytułuje je tak, jak tam nazwali) przepłynęły bez większych ekscesów. Były jakieś mikro przesłanki, cliffhangery, ale finalnie nie działo się zbyt wiele. Ani nie było rozwinięcia tego, co na statku się znajduje, ani niekoniecznie miałem w ogóle szansę kogoś uśmiercić – ktoś w to gra, żeby wszyscy przeżyli?! Innymi słowy – nuda, nostalgia, napisy końcowe, dajcie mi cokolwiek! Oczywiście taki stan rzeczy pozwala na mocne uderzenie w 5 odcinku, który z perspektywy czasu wspominam najmilej – ale czy to nie jest motyw, że po tym spektaklu zanudzania mnie polubiłbym wszystko, to pozostawiam do ustalenia wam.

ZŁE NAWYKI GAMEPLAYOWE

Klasycznie dla Dark Pictures dostaniemy tu 6 postaci do podziału (lub poznania ich losów w pojedynkę), których wątki wewnątrz Kasjopei będą się przeplatać. Nie jest to zestaw najbardziej wyszukanych osobników, a raczej archetypy pasujące do okoliczności (…i innych gier Supermassive, granych przez znanych już nam aktorów). Pilot, kapitan, dziewczyna odpowiedzialna za cały statek, czy osoba z przeszłością w Marines. Oni wymieszają się w wątku głównym z 4 oskryptowanymi postaciami, których śmierci również są zaliczane na nasze konto, jeśli podejmiemy nieodpowiednie decyzje.

Tu się należy zatrzymać, bo choć wytknąłem często znikomy wpływ naszych działań na wydarzenia, to Directive 8020 radzi sobie w tej materii bardzo przyzwoicie. Oczywiście stosuje kilka zabiegów, żeby utrzymać przy życiu tych, którzy przydadzą się później – bo i gra czasami oferuje skoki w czasie oraz ogranie wątków, które dopiero będą miały miejsce (trochę chcąc zaintrygować nas bardziej) – ale nie kłuje to w oczy aż tak, żeby wyburzać całkowicie immersję. Na specjalną uwagę zasługuje dopieszczenie cech charakteru naszych postaci. Do tej pory, gdy w błahej rozmowie decydowałem się na wybór X, a ona wpływała na cechę charakteru postaci Y, to na niewiele się to zdawało. To niby było, budowało jakieś tam relację, ale jeśli to pominąłeś, to i tak stratny nie byłeś. W najnowszej grze Supermassive pierwszy raz czułem, że te mikrowybory mają konsekwencje. Choć oś potencjalnych wydarzeń ogranicza się do danego odcinka (i może wyglądać biednie), tak bardzo często wątki z wcześniejszych epizodów będą miały swoje kulminacje w późniejszym. Grywalne postacie będą podejmować niektóre decyzje same, bazując na roli, jaką im wykreowałeś. Tak to działać powinno zawsze! Gra nawet oferuje tryb, w którym pozwoli się cofać i zmieniać nasze decyzje, by sprawdzić inne rozwiązania. Osobiście wolę żyć z konsekwencjami, ale taka ewentualność powinna zadowolić chcących maksować – macie nawet w miarę klarowne wytyczne, jak doprowadzić do wydarzenia X.

 

A mimo to podsumowałem ten rozdział hasłem złe nawyki. Nie należą one jednak do żadnych starszych założeń ich gier, a do nowego zauroczenia z nowej. Ta gra to w dużej mierze skradanka. Oczywiście prosta, liniowa i z niekoniecznie dociekliwymi strażnikami trasy, ale tym samym nudna, sztucznie wydłużająca rozgrywkę i zwyczajnie za często z tego korzystająca. W zasadzie każdy problem prowadził mnie do pewności, że zaraz będę się skradał, żeby znaleźć jakąś złączkę do zasilenia drzwi. Do znudzenia! Wałkują to tyle razy, że z premedytacją zabiłem jedną postać, bo wiedziałem, że jej śmierć mnie wyciągnie z tej spirali nieszczęścia – co oczywiście obnażyło fakt, że każde schwytanie nas dopuszcza jeden błąd bezkarny (no, wcisnąć przycisk można, żeby się wybronić, ale jeśli pomylisz, to i tak przeżyjesz), by za drugim razem nas zabić, ale za każdym zaoferować bardzo podobną/tę samą animację. Trochę po macoszemu.

Obok tego skradania i szukania tej samej głupoty za każdym razem (olać różnorodność!) stoi przechodzenie przez wentylację, które przestawia nam widok na FPP (też baaardzo nadużywane) i okazjonalne zagadki z towarzyszącym im korzystaniem z naręcznego komputera (zmienia zasilanie, otwiera drzwi). I po tym maratonie, gdy przechodziłem tę grę jednym ciągiem, miałem odruch wymiotny. Zapętlili się w garści mechanik i pobazgrali oni tym wszystko, co nie jest dialogiem. Ktoś powie, że nie o to tu przecież chodzi, ale to tam jest i po jakimś czasie wolałbym łazić bez stresu w poszukiwaniu sekretów, jak to miało miejsce w poprzednich grach studia. W zasadzie to mogliby mi dać serię wyborów i ich konsekwencji, bo i tak to clou całej zabawy, zamiast udawać coś, czym nie są. Ja miałem niechęć do tego skradania, choć jestem fanem skradanek! Strach pomyśleć o tych, którym daleko do tego gatunku. Gdyby to jeszcze niosło ze sobą strach i niepewność, to może by człowiek się pogodził, ale to tylko niesie festiwal skryptów i respawnowania Ci wroga przed twarzą, żebyś tylko obszedł to biurko z drugiej strony. Pasjonujące wcale.

Podsumowanie

I chyba trzeba kończyć, bo analizy fabuły robić nie wypada, a gameplayowo już wylałem swoje żale. Jeśli też towarzyszą wam mieszane odczucia do serii Dark Pictures czy gier Supermassive, to nagle wasza perspektywa się nie zmieni. Podciągnęli się w kwestii wyborów, zadbali o mimikę twarzy i przyzwoite aktorstwo, ale fabularnie można wytknąć sztampę, a w wydarzeniach brak jeszcze większej odwagi. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że komuś się wydawało, że my tu przychodzimy dla gameplayu i on nam to postanowi dać. Spróbuje zmiksować to z survival horrorem, choć nigdy nim być nie mógł już u swoich podstaw. W moim odczuciu eksperyment nieudany. Nieśmiało przewiduje radość fanów sci-fi (bo kosmos, statek, planeta?), okazjonalne docenienie nowych mechanik, ale rzadko spojrzenie prawdzie w oczy – robisz w kółko to samo i spokojnie mogłoby być to krótsze bez szkody dla trzonu fabuły.

Zalety

  • Poprawa systemu cech charakteru postaci i wpływu małych wyborów na te ważniejsze wydarzenia
  • Mimika twarzy i aktorstwo wróciło w Dark Pictures na właściwy poziom
  • Fabularne spięcie tego w całość powinno się spodobać i pasuje do gatunku, jaki ta gra reprezentuje…

Wady

  • …choć sama historia ma stanowczo za dużo ekspozycji i przesypia połowę gry, a od bycia sztampową się raczej nie wybroni (nie zawsze to źle)
  • Gameplayowe naleciałości – to mierna skradanka o wtórnych celach, z lekkim zabarwieniem zagadek