NBA 2k27 to kolejna, cykliczna odsłona dobrze znanej fanom koszykówki serii, która pozwala zabrać nas na wirtualne parkiety i porzucać „za trzy”. Sprawdzamy, czy tym razem liczba zmian jest na tyle duża, by warto było po nią sięgnąć.
Pewne rzeczy się nie zmieniają. Październik to dla wszystkich fanów najlepszej koszykarskiej ligi świata okres wyczekiwania na start nowego sezonu NBA, który umila im 2K i ekipa Visual Concepts. Za sprawą NBA 2k27 wracamy na wirtualne parkiety, które coraz trudniej odróżnić od rzeczywistego meczu w TV.
Z perspektywy polskiego fana NBA odróżnianie gry od rzeczywistego meczu jest o tyle trudne, że przez zawirowania z prawami telewizyjnymi, ostatni sezon najlepszej koszykarskiej ligi świata był wyjątkowo trudny do śledzenia. Pozostaje więc wirtualna koszykówka, która w edycji 2k27 przechodzi skromną ewolucję. Bo w takich seriach jak NBA 2k, czy EA FC od lat nie warto spodziewać się niczego więcej.
Do Waszej indywidualnej decyzji – jak zawsze – pozostawiam sens zakupu tegorocznej odsłony, szczególnie jeśli zaopatrzyliście się w poprzednią część. NBA 2k27 posiada szereg subtelnych zmian i dąży w kierunku doskonałości. Zarówno pod względem tego, jak może wyglądać wirtualny mecz koszykówki, jak i… w sposobie drenowania portfeli graczy w trybach, gdzie realna rywalizacja jest możliwa tylko za prawdziwą walutę.
Zmiany w gameplayu nie tylko na papierze
Regularnie w serię NBA 2k gram od przynajmniej 10 lat i jestem w stanie wyłapać nawet najmniejsze smaczki związane ze zmianami w rozgrywce. Przed rokiem podobało mi się, w jaki sposób zmienione zostały rzuty i samo podejście do wykonywania prób zarówno spod kosza, jak i z dystansu. W tym roku z kolei twórcy zabrali się za przebudowanie gry defensywnej. I faktycznie w obronie gra się inaczej, a na początku nawet trochę trudniej. Nowy system defensywny nazwany Hands-Up Defense pozwala na lepszą precyzję przy zarówno kryciu przeciwnika, jak i próbie przejęcia piłki.
Mam wrażenie, że nieco lepiej czuć fizyczność zawodników, szczególnie w walce pod koszem, na co wpływ mają oczywiście statystyki zawodników. W defensywie czuć, że im lepszy (lepiej oceniony) zawodnik, tym łatwiej piłkę przejąć lub po prostu nie pozwolić rzucić. Visual Concepts postanowili w tym roku jeszcze mocniej premiować koszykarzy z najlepszymi statystykami. Czuć to w przypadku gry ofensywnej, co dla mnie jest na ten moment najbardziej kontrowersyjną zmianą, która zabrała nieco funu z samej gry. Jak pewnie pamiętacie, przed rokiem, seryjne trafianie trójek było standardem. W NBA 2k27 Stephen Curry oczywiście nadal nie ma litości dla przeciwników, ale w przypadku innych zawodników czuć, że to skill decyduje o tym, ile trójek z rzędu jesteśmy w stanie trafić.
W NBA 2k27 rzuty za trzy są bardziej ryzykowne. Nie będziecie mieć takiego poczucia, że każdy ofensywny zawodnik jest w stanie trafić 3/4 „trójki” na pięć prób. Zwłaszcza, że zmienił się rythmshooting (który to już raz), a tempo rzutu i tzw. release’u jest personalizowane pod konkretnych koszykarzy i trzeba się go po prostu nauczyć. Timing jak zawsze jest kluczowy, a delikatnie zmieniony wizualnie wskaźnik rytmu rzucania sprawia, że rzucania trzeba się trochę uczyć od nowa. Szczególnie, jeśli rzucacie z prawego analogu, bo przy zwykłym wciskaniu przycisku jest, być może, nieco prościej.
Być może największą dla mnie zmianą i jednocześnie najciekawszą jest Dynamic Layup Engine, czyli całkowita przebudowa akcji podkoszowych. Nie ukrywam, przed rokiem dużo grałem Knicks i w tym roku również zacząłem od wchodzenia pod kosz Jalenem Brunsonem, co od zawsze sprawiało mi ogrom przyjemności. W NBA 2k27 nowy system dostosowuje dynamicznie ruchy zawodnika w trakcie lotu do kosza. W efekcie layupy dużo lepiej reagują na skaczących razem z nami obrońców, które z kolei wpływają na wytrącanie nas z równowagi i pozycję ciała przy oddawaniu rzutu.
Co ważne – to nie jest tylko kilka nowych animacji. To cały system, który sprawia, że – uwaga – akcje podkoszowe są z mojej perspektywy dużo bardziej realistyczne, ale przez to też mniej widowiskowe. Twórcy postawili tutaj na naturalność wejść pod kosz i potencjalnych starć rywalem, dążąc w ten sposób do jeszcze większego realizmu. Bo jak pewnie zdajecie sobie sprawę – wirtualny mecz jeszcze nigdy nie wyglądał tak „prawdziwie”.
Zmian w gameplayu jest oczywiście więcej, ale nie są już tak widoczne Dunki są nieco inne i też zależne od konkretnych zawodników i ich umiejętności. Drybling ma kilka zmian, a Visual Concept pobawiło się też z AI, które już w poprzednich latach było dobre, a w tym roku jeszcze lepiej potrafi (szczególnie na wyższych poziomach trudności) reagować na boiskowe wydarzenia i dostosowywać styl gry do przeciwnika.
Ogrom zmian w trybach gry
Zawsze doceniałem serię NBA 2k za mnogość trybów zabawy. W tym roku twórcy postanowili usprawnić i dostosować istniejące tryby, zamiast na siłę wymyślać coś nowego. I tak np. w MyPlayerze pojawiła się możliwość stworzenia kobiecej postaci i zabrania jej do The City. To sprawia, że męskie i żeńskie postacie grają razem we wszystkich głównych trybach City.
Ogromna zmiana nastąpiła w trybie MyCarrer, gdzie karierę możemy rozpocząć w jednej z pięciu epok NBA. Epok, które dobrze znamy począwszy od roku 1984 (Magic vs Bird Era) aż do 2016 (Steph Era). W efekcie tworzymy zawodnika i rozpoczynamy jego karierę w historycznej NBA zamiast współczesnej. W praktyce oznacza to składy z przeszłości, ale też inne zasady (!), prezentację i cały kontekst grania w innej epoce. Oczywiście MyCareer ma też swoją klasyczną historię podzieloną na 11 rozdziałów, w której występuje m.in. Vince Staples. W tryb MyCareer możemy grać też w kooperacji ze znajomym.
Jako osoba wychowana na Fifa Ultimate Team, w przypadku serii NBA 2k zawsze najwięcej czasu spędzam w trybie MyTeam. A tam… nadal najważniejsze są monety, ale nie te wirtualne, a prawdziwe, pozwalające na otwieranie paczek i budowanie coraz mocniejszych składów. Do tego jest oczywiście season pass z nagrodami. W efekcie trudno do tego trybu podchodzić bez grubego portfela lub z edycją Deluxe lub Ultra. Na potrzeby recenzji otrzymaliśmy edycję najwyższą, co pozwalało na solidny start w trybie MyTeam i kilka naprawdę mocnych trafów w paczkach.
Dobre trafy i ocenieni wysoko zawodnicy w tym roku są o tyle ważni, że karty zbierają doświadczenie poprzez granie. Im więcej korzystamy z danej karty, tym bardziej rozwija się ona w naszym zespole. Dostaje boosty do atrybutów, dodatkowy pasek turbo, więcej miejsca na badge. Zmienił się też tryb wymiany kart i teraz każda z nich może zostać w jakiś sposób „przepalona” i ma jakąś wartość. Zmienił się też dom aukcyjny i od edycji 2k27 gracze otrzymują dostęp do jednego, dużego Action House’u, łączącego platformy konsolowe (PS5, Xbox i NS2).
Pisząc tę recenzję zdałem sobie sprawę, że w sprawie nowych trybów lekko skłamałem. Bo przecież jest MyNBA Legacy. W teorii coś zupełnie nowego, w praktyce to połączenie trybów MyNBA + MyCareer i jakieś dziwnej formy rozgrywki RPG. Tworzymy karierę jednego zawodnika, a jednocześnie zarządzamy franczyzą…przez wiele, naprawdę wiele lat. Tryb obejmuje bowiem 100 lat historii, w której tworzymy własną dynastię, a jej potomkowie przejmują cechy poprzedników. Nie do końca wiem, kto jest tego trybu odbiorcą, ale zdecydowanie ja się do takich nie zaliczam.
Czyli jest dobrze?
Nie będę ukrywał i napiszę wprost – szczerzę wątpię, czy warto przesiadać się na NBA 2k27, jeśli gracie i czerpiecie fun z poprzedniej części. Jasne, nowa gra Visual Concepts dąży do perfekcji w każdym wymiarze. Wirtualne mecze jeszcze nigdy nie były tak… rzeczywiste. Serio, w sieci możecie znaleźć filmy z wersji PC, gdzie na najwyższych ustawieniach gra wygląda wprost wybitnie. Kolorystyka, oświetlenie, zachowanie publiczności, rzeczywiste animacje sprawiają, że z daleka wygląda to jak prawdziwy mecz NBA w TV. Dopiero, gdy przyjrzycie się z bliska, dostrzeżecie bardzo subtelne odstępstwa od prawdziwej transmisji.
Ale rok temu też tak było! Owszem, grało się nieco inaczej, bo zmiany w gameplayu są odczuwalne, szczególnie w kontekście obrony, rzutów i wejścia pod kosz. Jednak nie są one krytyczne i nie generują jakiegoś wielkiego szoku poznawczego. Zakładam jednak, że jeżeli ktoś czyta recenzje NBA 2k27, to jest podobnym świrem najlepszej ligi świata jak ja i chce pograć LeBronem w 76ers, czy sprawdzić, jakim dominatorem jest tegoroczna okładkowa gwiazda, czyli Victor Wembanyama. Dlatego też uczciwie przyznaję, że NBA od 2k to jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza gra sportowa, jaką znajdziecie na rynku. W zależności od preferencji konkuruje z nią jedynie seria EA FC od EA Sports, ale po fatalnej edycji oznaczonej numerkiem „26”, trudno oczekiwać na tym polu wielkich zmian.
Podsumowanie
NBA 2k27 to kolejny krok w kierunku gry idealnej. Twórcy przebudowują gameplay, tworząc go bardziej rzeczywistym i naturalnym. Mniej jest w tej grze widowiskowości, więcej kontroli, ale to dobrze. Dzięki temu wirtualna koszykówka już dawno nie była tak prawdziwa.
Zalety
- dążenie do koszykarskiej perfekcji w każdym elemencie gry
- zmiany w gameplayu (obrona, rzuty, layupy) czuć od pierwszego meczu
- wizualny majstersztyk i trudność w odróżnieniu parkietu wirtualnego od rzeczywistego
- mnogość trybów gry i ich solidne usprawnienia
Wady
- pay-to-win z roku na rok eksponowane coraz mocniej
- brak pomysłu na nowe tryby gry (choć, czy są one potrzebne?)









