Weterani studia Criterion (Burnout) założyli własne studio, aby stworzyć coś co zapamiętamy na długo. Od czasu Star Wars Episode 1: Racer nie spotkało nas nic lepszego w wyścigowym klimacie. Dodajcie do tego szczyptę Burnouta, odrobinę Motorstorma i mamy mieszankę iście wybuchową! Bez względu na to czy jesteś fanem uniwersum czy nie, jeśli lubisz szybkie ściganko to poczujesz się tutaj jak w domu.
Fani Star Warsów są ostatnio rozpieszczani do bólu. Chodzi oczywiście o fanów gierkowych SW, bo te filmowe/serialowe to zupełnie inna para kaloszy (za wyjątkiem Andora i Rouge 1). Po świetnym Zero Company, niespełna miesiąc później dostajemy jeszcze lepsze Galactic Racer. Czy są na sali gracze, którzy pamiętają pierwszego Racera z Nintendo 64? Jeśli tak to nie zapomnijcie o swoich tabletkach i wizycie u lekarza. Będąc bardziej poważnym, Galactic Racer przywraca ducha nie tylko wyścigowych Star Warsów, ale ogólnie tych nastawionych mocno na arcade. Za grę odpowiada nie byle kto, bo weterani studia Criterion (Burnout), więc marka nie mogła trafić w lepsze ręce. Wiem, że to wyświechtany tekst, ale nic lepiej nie oddaje klimatu tej gry niż legendarny cytat „now this is podracing!”.
W kampanii dla pojedynczego gracza wcielamy się w Shade’a, który dołącza do ligi za namową swojego dawnego znajomego Paxa, ale przede wszystkim z chęci zemsty na Kestarze Boolu, liderze obecnej galaktycznej ligi, który kiedyś przyczynił się do uwięzienia naszego bohatera na długie lata. Kester to typowy arogancki bubek, który za wszelką cenę musi być na pierwszej pozycji, bez względu na cenę. Fabuła składa się z trzech Aktów, gdzie pierwszy to kwalifikacje do owej ligi. Można to potraktować jako nieco bardziej rozbudowany samouczek, w którym gra nauczy nas podstaw, typów wyścigów czy innych wyzwań jakie czekają nas na drodze do walki o mistrzostwo. Kolejne akty to już udział w samej lidze, gdzie jest znacznie więcej eventów do pokonania, a sama fabuła również nabiera rumieńców, co jest sporym zaskoczeniem biorąc pod uwagę z jakim typem gry mamy do czynienia. Pojawiają się też kultowe postaci z Epizodu 1, jak Sebulba, Gasgano, Ody Mandrell czy ikona memów Ben Quadinaros. Część z nich będzie miała znaczący wpływ na naszą historię, ale to już musicie sami odkryć.
Galactic Racer na pierwszy rzut oka może przypominać zwykłą ścigałkę pojazdów mniej lub bardziej rozpoznawalnych w uniwersum. Nic bardziej mylnego! Gra jest wyścigowym rogalikiem, czyli rzadko spotykana kombinacja. Jak to wychodzi w praniu? W dużym skrócie mamy do ukończenia szereg wyścigów (i nie tylko) na kilku różnych planetach. W przypadku wyczerpania limitu zniszczeń jesteśmy odsyłani na sam początek i startujemy od nowa. Bez stresu, zachowujemy wszelkie punkty potrzebne do ulepszeń czy modyfikacji ścigaczy. Tych mamy do wyboru 3 rodzaje, śmigacz, skuter, ślizgacz oraz bonusowo podracer’y, które są takim odpowiednikiem Formuły 1 w tym świecie. Jako, że historia dzieje się po upadku imperium, pody nie są już tak popularne jak kiedyś, więc nie będziemy mogli ich używać do regularnego ścigania. Różnica w prędkości jest ogromna i tylko doświadczeni piloci mogą zasiadać za ich sterami. Nic nie przebije momentów, kiedy lecicie ponad 1000km/h w wąskiej jaskini i manewrujecie na skraju całkowitej rozwałki.
Kwintesencją całej gry jest odpowiedni dobór części i ulepszeń w trakcie danej tury. Wspomniałem wyżej, że całkowite zniszczenie naszego pojazdu jest równoznaczne z dyskwalifikacją, ale dojechanie do mety, nawet na ostatnim miejscu już nie. Nagradzane są zawsze 3 pierwsze pozycje, a reszta daje nam po prostu awans do kolejnej rundy. Dlatego czasem lepiej dojechać i przejść dalej niż ryzykować całkowite zniszczenie. Nagrody, a dokładnie części i umiejętności to serce tej gry. Części mamy 75, a każda z nich ma wpływ na dany aspekt naszego pojazdu, czy to dopalacz, ramjet, chłodzenie, a nawet zachowanie w powietrzu. Każda ma 4 poziomy ulepszenia, które możemy zakupić od Hibi w obozie pilotów lub dostać je w ramach nagrody. Są one zawsze losowe, więc musimy radzić sobie z tym co dostajemy. Za wygraną kasę można pokusić się o dodatkowe odświeżenie oferty Hibi, ale każdy kolejny roll kosztuje więcej. Kolejny element to umiejętności. Tych możemy mieć maksymalnie 4 na naszym statku, a to jakie wybierzemy zależy tylko i wyłącznie od nas i stylu jaki wybieramy na początku każdej tury. Moją ulubioną umiejką jest Impuls, który po ulepszeniu daje dodatkowe przyspieszenie po wyprzedzeniu, a jako że zawsze startujemy z ostatniej pozycji, można dzięki niemu przebić się na czoło jeszcze przed pierwszym zakrętem. Do wyboru dostajemy też te nastawione całkowicie na ofensywę jak pociski jonowe lub miny oraz defensywne jak chociażby tarcza. Dla wielbicieli szybkiej jazdy jest właśnie Impuls lub Autopilot, który sam sprawnie poradzi sobie nawet z największymi zawijasami w środku jaskiń.
Naleciałości z Burnoutów czy Motorstorma czuć tutaj na każdym kroku. Z Burnoutów od razu rzucają się w oczy klasyczne ujęcia kamery na przeciwnika, którego właśnie zepchnęliśmy na ścianę czy inną przeszkodę i możemy podziwiać w zwolnionym tempie jak się rozpada na części pierwsze. Motorstorm to kilka różnych pojazdów w tych samych wyścigach. Możemy korzystać z dość ociężałego, ale bezpiecznego śmigacza, albo wskoczyć na zabójczo zwinny skuter będąc dosłownie na jedno uderzenie. Ślizgacz to coś pomiędzy tymi dwoma i osobiście najlepiej się w nim czułem. Każdy pojazd ma też dwa typy dopalacza, ten zwykły który dość szybko się kończy oraz ramjet, czyli znacznie mocniejszy, ale za to śmiercionośny gdy przeciągniemy go ponad czerwone pole. Odpowiednie zarządzanie nimi to klucz do sukcesu, szczególnie na wyższych poziomach trudności. Obok dopałek, każdy pojazd ma swój typ pokonywania ciasnych zakrętów. Przykładowo taki śmigacz wchodzi w nie driftem, który należy odpowiednio wcześniej zainicjować, zaś skuter dokonuje charakterystycznego przechyłu „na kolano”. Najefektowniejszy jest zdecydowanie ślizgacz, który ustawia skrzydła do pionu niczym samolot mający przelecieć przez wąski kanion. Nie będzie chyba niespodzianką jak powiem, że każdym steruje się zgoła inaczej i tylko nasze osobiste preferencje zadecydują, którego będziemy używać. 3 pojazdy mogą wydawać się trochę niską liczbą, ale mają za to bardzo dużą ilość modyfikacji wizualnych, aby nadać im indywidualnego stylu.
Przyjdzie nam walczyć na 6 planetach, z czego ostatnią należy bardziej traktować jako finałową, gdzie odbywa się walka o mistrzostwo i są tam tylko 2 trasy. Cała reszta to już spektakl wodotrysków (czasami dosłownie) i przeróżnych kombinacji. Mamy tutaj trasy przez dżungle czy jaskinie pełne lawy na Lantaanie, rozgrzane do czerwoności piaski Jakku, zabójcze mrozy na Ando Prime lub morze kwasu na Sentinel 1. Znalazło się też miejsce dla Crait i jej unikalnego czerwonego kurzu wznoszącego się za naszymi ścigaczami. Na każdą planetę przypada po kilkanaście tras, które będzie można pokonać w obu kierunkach. Na szczęście lustrzane odbicie jak za starych czasów już sobie twórcy darowali. Każdy biom ma swoje „przeszkadzajki”, które będą znacząco wpływać na nasz pojazd. Latanie nad lawą rozpali silniki przez co nie będzie możliwe używanie dopalacza, mróz zaś spowoduje że pojazd zacznie się ślizgać (pomimo że unosi się nad ziemią), a zbyt długie przeloty nad kwasem bardzo szybko skorodują naszą blachę i rozpadniemy się na kawałki. Autorzy nie są jednak aż tak wredni i na każdej trasie mamy możliwość przeciwdziałania im, jak chociażby przelot nad strumieniem wody, aby schłodzić silniki czy przez swego rodzaju farelki rozstawione na całej trasie, aby go rozgrzać. Z kwasem trzeba walczyć przy pomocy tarczy lub po prostu w niego nie wjeżdżać. Co może być dla wielu zaskoczeniem, w grze nie ma żadnej mapy trasy! Musicie nauczyć się ich na pamięć, a szczególnie wszelkiej maści skrótów, bo tych jest bez liku. Wiedza, który skrót rzeczywiście skraca czas okrążenia, a który je wydłuża będzie bardzo przydatna, gdy przyjdzie do robienia czasówek.
Wspominałem wcześniej, że wyścigi to nie wszystko. Otóż poza klasycznymi wyścigami, mamy eliminatora, czyli co kilkanaście sekund odpada ostatni zawodnik, a trzech ostatnich ściga się do mety. Przed każdym z nich możemy zarobić dodatkowy grosz i zabawić się w zakłady. Pojawiają się też eventy typu testowanie różnych pojazdów na czas, przykładowo dostajemy ścigacz, którym musimy przelecieć praktycznie całą trasę z ciągle odpalonym ramjetem, przelatywać przez bramki, aby zbijać czas lub zniszczyć odpowiednią liczbę botów. Później pojawią się też czasówki podów. Nie samymi prędkościami człowiek żyje i na naszej ścieżce możemy trafić na tajemnicze spotkanie z jednym z pilotów reszty stawki. Mają oni różne oferty, od zakupienia legendarnych części za niższą kwotę, poprzez lepsze nagrody za wygrane zakłady czy nawet sabotowanie statków innych przeciwników. Możemy trafić nawet samego Kestara i zbesztać go jak psa, co będzie się później wiązało z jego zemstą i uszkodzeniem naszego statku (może wybuchnąć na samym starcie). Zawsze mamy kilka opcji do wyboru i jak nie mamy ochoty to możemy się po prostu wycofać.
Mógłbym pisać o tej grze bez końca bo zostałem nią całkowicie oczarowany. Szczerze to nie mam nawet za bardzo do czego się przyczepić, bo od strony technicznej działa i wygląda idealnie. W tle przygrywają znane motywy orkiestrowe, a przy ostatnim okrążeniu muzyka nabiera tempa, aby jeszcze bardziej podbić adrenalinę. Gdybym miał naprawdę na siłę do czegoś się przyczepić to może mała ilość planet czy pojazdów do wyboru. Brak też trybu split-screen, co akurat tutaj by się przydało. Czasami zdarzało się, że niektóre trasy zlewały mi się w całość i waliłem po ścianach jak opętany, więc jakieś lepsze oznaczenia zakrętów byłyby mile widziane. No chyba, że to ja się już starzeję… Jako, że recenzję pisałem przed premierą, nie miałem okazji sprawdzić trybu multiplayer, ale ten zapowiada się na rozbudowany, ponieważ mamy sporo różnych trybów (są pody!) i sporo wizualizacji do odblokowania.
Podsumowanie
Powtarzam się, ale bez względu na to czy jesteście fanami Gwiezdnych Wojen czy nie, warto zainteresować się grą, ponieważ dostarcza masy emocji i została stworzona z największym pietyzmem. Wygląda cudnie i działa mega płynnie, a budowanie naszego statku zawsze od zera ma masę zalet, jak chociażby to że każda tura jest inna i ciężko tutaj o nudę. Fani multika też znajdą coś dla siebie, bo ewidentnie jest tam sporo do roboty i odkrywania. W tym wszystkim najważniejsza jest zawsze cena, a ta nie nie jest aż tak wygórowana. Spędziłem już w grze około 40 godzin, a do zaliczenia wszystkiego jeszcze trochę mi zostało, więc to powinno mówić samo za siebie.
Zalety
- Rogalikowe podejście do wyścigów,
- Modyfikowanie i dobieranie części do naszych pojazdów,
- Podracer’y i ich prędkość,
- Oprawa audio/video,
- Puszczanie oczka do starych fanów,
- Fabuła wcale nie taka głupia.
Wady
- Planet mogłoby być trochę więcej,
- Tak samo jak pojazdów do wyboru.














