NBA The Run – Na smutno lub na frustrująco

1 lipca 2026
0

To miała być pełnoprawna recenzja, ale pomimo braku konieczności “przejścia” tytułu mutliplayerowego wolałem zejść na poziom wyłącznie swoich wrażeń. Grałem w to zwyczajnie za mało. I to nie kwestia braku czasu, czy znikomej ilości chętnych do zabawy w sieci, a braku ciekawych opcji w samej grze.

NBA The Run to coś, co najłatwiej byłoby przyrównać do niedawnego piłkarskiego hitu Rematch. Gra, która odpuszcza realne oddanie sportu na poczet czystej, efekciarskiej frajdy, ale pozwala sterować wyłącznie jednym zawodnikiem. Tam graliśmy w kilku dostępnych formatach – 3v3, 5v5 itp. Tu mamy wyłącznie pojedynki 3v3, ale dochodzi nam opcja zabawy sterując wszystkimi zawodnikami, a nie tylko jednym. W efekcie możemy konsumować NBA The Run na smutno (samemu) lub na frustrująco (…z ludźmi).

Takich porównań do wspomnianego Rematch jest więc więcej. Każdy, kto wszedł do tej społeczności bez zorganizowanej ekipy, ten wie, że kolegom z zespołu najczęściej nie działa przycisk podania. Mają taką przypadłość ich kontrolery, że akurat ten odpowiedzialny za oddanie piłki jakoś nie reaguje na ich komendy. Wolą przeciskać się uparcie, trickować nieustannie i liczyć na zastrzyk dopaminy ze strzelonego gola/trafionego rzutu. W tym aspekcie to są praktycznie identycznie frustrujące doświadczenia…

Sam rdzeń rozgrywki jest tu podobny. Tam może i grałeś te mecz rankingowe i casualowe, które przełożenie na coś konkretnego miały znikome (może się to zmieniło z czasem, nie wiem), a tu wszystko zostało odziane w szaty turnieju. Razem z anonimowymi kolegami wrzucani jesteście do drabinki, w której, jak mniemam, przeciwników w kolejnych fazach wam losuje z puli tych, którzy też coś wygrali (bo raczej nie zdarza się, żeby blisko finału trafić na totalnych leszczy). Nie zakładam, że gra jest na tyle ogarnięta, by faktycznie imitować prawdziwy turniej i mieć taką bazę graczy, by móc obsadzić realną drabinkę.

Każda faza turnieju to kolejny mecz 3v3, ale zasady takiego starcie są losowe. Kto grał w streetball, ten wie, że możliwości jest tam sporo. Możemy grać do określonej ilości punktów, gdzie mamy klasyczne rzuty za 2 i 3 pkt, ale też tak, gdzie wszystko jest warte 1 pkt. Są też te większe udziwnienia, które odejmują przeciwnikom punkty za nasz skuteczny blok lub oczekują samych wsadów w celu zapunktowania. I tu znaczenie może mieć nasza postać.

Graczy do wyboru jest (podobno, bo wydawało mi się, że mniej) 30. Od obecnych gwiazd pokroju LeBrona, Doncica, Wembanyamy, czy Giannisa Antetokounpo po tych mniej znanych streetballerów, których przytoczenia się podejmę. Wzrost i prędkość mogą stanowić różnicę w tych kilku trybach, ale prawdę powiedziawszy znikomą. Z racji arcade’owości i nawiązywania do takich tytułów jak NBA Jam czy Hang Time, tu fruwają wszyscy, a bloki nie są obce też najmniejszym. To “efekciarstwo”, choć pewnie przez wielu pożądane, było dla mojej przyjemności drugim poważnym gwoździem do trumny/do odinstalowania. Te mecze szybko zaczęły wyglądać bardzo podobnie. Ilość kombinacyjnych akcji (u przeciwników, bo Twoi NIE podają) była znikoma, a wymagania do rzutu za trzy są praktycznie żadne. Chciałbym, żeby trudniej było wyczuć odpowiedni timing, przy czym tu dla każdego jest on szalenie krótki. Wolna pozycja i szybki rzut za 3 pkt, to tutaj sytuacja gwarantowana. Gdyby trzeba było dłużej przytrzymać przycisk, przymierzyć, to pewnie otworzyłoby to możliwość bloku i większą konieczność szukania dogodnej pozycji u atakujących. Rozumiem, jakby Steph Curry rzucał w ten sposób, ale cała reszta też? To mocno zaburzyło mi te gadki o różnorodności postaci. One mają swoje ruchy. Styl rzucania, poruszania, to zostało jakoś odwzorowane, ale już dla nas za kontrolerem ma to drugorzędne znaczenie. Niestety.

Pomimo pierwszego dobrego wrażenia, gra szybko się starzeje. Rematch ostał się na moim dysku zdecydowanie dłużej, a styl rozgrywki, wielkość boiska, czy choćby ciekawy model celowania przy strzałach sprawiały, że rozgrywka dłużej pozostawała świeża. NBA The Run jest zbyt „zautomatyzowane”. Zbyt nijakie na dłuższą metę. Może z ekipą taka rozgrywka by ostała się na dłużej, ale bez niej… czasami trudno o piłkę. Narzucony cel-shading sprawia zaś, że przy przechwycie, w momencie dużego natłoku graczy, trudno w ogóle się zorientować, kto ma piłkę, a dość kiepsko ustawiona kamera tego nie ułatwia. Ktoś powie, że to wszystko do przyzwyczajenia, ale tu nie ma nawet opcji swobodnego rzucania do kosza w formie treningu. Wchodzisz z marszu, nie wiesz nic, a zanim się nauczysz, to znienawidzisz te boiska.